STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / DOBRA NOWINA: EPIDEMIA MDŁOŚCI. ROZWAŻANIE NA V NIEDZIELĘ ZWYKŁĄ, ROK A

Dobra Nowina: Epidemia Mdłości. Rozważanie na V Niedzielę Zwykłą, Rok A

Dobra Nowina:



Rozglądając się wokół można odnieść wrażenie, że żyjemy w czasach dziwnej, duchowej „mdłości”. Wszystko jest poprawne, wszystko jest wygładzone, wszystko jest na sprzedaż. Mamy tysiące poradników jak być szczęśliwym, jak być na topie, jak osiągnąć sukces, a jednak – pod tą warstwą lukru – czuć ogromną pustkę. Świat, w którym żyjemy, często przypomina potrawę bez smaku – wygląda pięknie na zdjęciu, ale gdy bierzesz kęs, to czujesz, jakbyś żuł tekturę. W ten właśnie świat – w świat osamotnienia, udawanych uśmiechów i sterylnych osiedli – wchodzi dzisiaj Jezus ze swoją Ewangelią. Nie mówi: „Bądźcie mili”. Nie mówi: „starajcie się bardziej”. Mówi: „Wy jesteście solą. Wy jesteście światłem”. Spróbujmy spojrzeć na te słowa inaczej niż zwykle.

Czym jest sól? Chemicznie to prosta substancja. Teologicznie, w ustach Jezusa, sól to coś niebezpiecznego. Bo sól, żeby zadziałać, musi przestać istnieć w swojej pierwotnej formie. Wyobraźcie sobie kryształek soli. Jest twardy, lśniący, ma ostre krawędzie. Jest bezpieczny tak długo, jak długo leży
w solniczce z innymi kryształkami. Czują się tam dobrze. Są „we własnym gronie”. Sól w solniczce jest bezużyteczna. Jest absurdem. Aby sól nadała smak ziemniakom czy zupie, musi wpaść w gorącą wodę, rozpuścić się, zniknąć. Musi „stracić swoje życie”, by nadać smak czemuś innemu.

To jest pierwsze pytanie do naszych sumień dzisiaj: Czy nie jesteśmy przypadkiem chrześcijanami solniczkowymi? Takimi, którzy świetnie czują się w kościele, we wspólnocie, wśród „swoich”, gdzie narzekamy na ten „zły świat”? Boimy się wyjść do świata, boimy się ubrudzić, boimy się, że się rozpuścimy w tłumie. Ale Jezus mówi: Idź i się rozpuść. Wejdź w swoje środowisko pracy, w swoją trudną rodzinę,
w swoje sąsiedztwo – i zniknij tam, ale tak, żeby zmienił się smak tego miejsca.

Chrześcijaństwo to nie jest bycie eksponatem w muzeum cnót. To bycie smakiem w mdłej zupie codzienności. Jeśli nikt w Twojej pracy, po 10 latach, nie czuje „innego smaku” w Twojej obecności – nie dlatego, że prawisz kazania, ale dlatego, że przebaczasz, gdy inni się mszczą, albo milczysz, gdy inni plotkują – to znaczy, że sól została w solniczce.

Jezus wypowiada dziś jedno z najstraszniejszych zdań w Ewangelii: „Jeśli sól utraci swój smak (…) na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”. To nie jest groźba piekła. To diagnoza naszej dzisiejszej nieistotności. Dlaczego kościoły pustoszeją? Dlaczego ludzie „depczą” naszą wiarę, wyśmiewają ją lub po prostu ignorują? Może dlatego, że przestaliśmy być słoni. Staliśmy się tacy sami jak świat, tylko z doklejonym religijnym szyldem. Jeśli chrześcijanin jest tak samo chciwy jak poganin, tak samo złośliwy w Internecie jak ateista, tak samo przerażony o swoją przyszłość jak człowiek bez Boga – to po co światu taki chrześcijanin? Jest zbędny. Jest zwietrzały. Świat nie potrzebuje więcej cukru – nie potrzebuje więcej ludzi mówiących, że „wszystko będzie dobrze”. Świat potrzebuje soli – prawdy, która szczypie w ranę, ale jednocześnie leczy i chroni przed zepsuciem. Autentyczność to dzisiaj najważniejsza waluta. Jeśli Twoja wiara nie zmienia Ciebie samego, to nie oczekuj, że zmieni kogokolwiek innego.

Wreszcie – światło. Często myślimy o tym fragmencie romantycznie: „mam być świecą, która daje ciepło”. Ale światło ma jeszcze jedną funkcję, o której zapominamy, a która jest trudna. Światło obnaża brud. Gdy wchodzisz do ciemnego, zabałaganionego pokoju i zapalasz światło, to nie sprawiasz, że pokój staje się czysty. Sprawiasz, że widać bałagan. To jest bolesne. Być światłem świata to mieć odwagę żyć
w Prawdzie tak jaskrawej, że przy Tobie kłamstwo staje się niewygodne. Być światłem, to nie kraść
w firmie, przez co inni czują dyskomfort, że kradną. Być światłem, to nie naśmiewać się z rzeczy najświętszych, gdy robią to inni w Twoim towarzystwie, przez co zapada krępująca cisza. To nie jest miłe zadanie.

Lampy nie stawia się pod korcem, ale na świeczniku – tam, gdzie jest widoczna i narażona na zdmuchnięcie. Wielu z nas chowa swoje światło nie z pokory, ale ze strachu. Boimy się, że jak zaświecimy, to staniemy się celem. Że ktoś nas wyśmieje. Że stracimy „święty spokój”. Jezus jednak nie przyszedł dać nam świętego spokoju. Przyszedł dać nam ogień.

Może czujesz się dziś mały. Może myślisz: „Co ja mogę? Jestem tylko ziarenkiem soli, małym płomykiem”. Spójrz chociażby na obiad, który będziesz dziś jadł. Szczypta soli – niewidoczna dla oka – decyduje o tym, czy potrawa nadaje się do zjedzenia. Nie musisz nawracać tłumów na stadionach. Twoim zadaniem jest wrócić dziś do domu, pójść jutro do pracy i być tym, kto nadaje smak. Kto wprowadza pokój tam, gdzie jest wojna. Kto wprowadza sens tam, gdzie jest absurd. Kto wprowadza miłość tam, gdzie jest tylko kalkulacja. Nie bój się „rozpuścić” i stracić cząstki siebie dla innych, bo tylko wtedy Twoje życie nabierze tego smaku, za którym tak tęskni ludzkie serce.

Fragment Ewangelii do rozważenia (Mt 5, 13-16):

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie».

Ks. Jakub Łabuz | Archidiecezja Krakowska
ZOBACZ TAKŻE