STRONA GŁÓWNA / NOWOHUCKA DROGA KRZYŻOWA

NOWOHUCKA DROGA KRZYŻOWA

I. Pan Jezus skazany na śmierć krzyżową

– Czy Piłat nie wiedział, że Chrystus jest niewinnie oskarżany?
Wiedział. Dlatego usiłował Go bronić przed arcykapłanami i podburzonym przez nich ludem. W końcu jednak uległ wobec wywieranych na niego nacisków, symbolicznie umywając ręce i stwierdzając: „Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego” (Mt 27, 24).

Dlaczego uległ? Ponieważ był sceptykiem. Nie wierzył w istnienie obiektywnej prawdy. Miał swoją prawdę, która mówiła mu o tym, że należy przede wszystkim dbać o wygodne i intratne stanowisko i nie narażać się cezarowi. W konsekwencji nie stanął jednoznacznie w obronie Chrystusa, Najwyższej Prawdy. Nie miał najmniejszego zamiaru ryzykować dla Niej własną karierą.

Jesteśmy dzisiaj świadkami swoistego terroru poprawności politycznej. Ojciec Święty Benedykt XVI wielokrotnie mówił o dyktaturze relatywizmu, której ulegają ludzie w imię konformizmu. W konsekwencji z krajobrazu wielu krajów Europy znikają krzyże, a wiara chrześcijańska staje się sprawą czysto prywatną, o której nie wolno publicznie nic mówić, ani się do niej przyznawać. W ten sposób chrześcijańska do niedawna Europa skazuje dzisiaj Chrystusa na śmierć: na śmierć przez przemilczenie i zapomnienie. W ten też sposób wydaje wyrok śmierci na siebie. Kiedyś próbowano uczynić z Nowej Huty miejsce bez Boga, nakazując milczenie, a w konsekwencji zapomnienie o Nim. Tymczasem Nowa Huta broniąc prawie 60 lat temu Chrystusowego krzyża, stając po stronie najwyższej i jedynej Prawdy, ocaliła siebie.

 

II. Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona

Na barki Chrystusa zrzucono ciężar szubienicy, na której miał umrzeć na szczycie Golgoty. Oprawcom chodziło nie tylko o to, aby Pan Jezus, pośród ogromnych cierpień, umarł najhaniebniejszą ze śmierci. Oprawcy chcieli, aby drzewo hańby i poniżenia niósł On ulicami Jerozolimy, doznając szyderstwa i wzgardy ze strony jej mieszkańców.
– Czy chciał tej śmierci i tego krzyża?

– Nie! Pośród ogromnego lęku, gdy z jego głowy zaczęły spływać krople krwawego potu, modlił się przecież w Ogrójcu: „Abba, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty [niech się stanie]!” (Mk 14, 36).
– Dlaczego jednak nie odepchnął od siebie tego krzyża?

– Ponieważ wiedział: tylko swoim najwyższym posłuszeństwem wobec woli Ojca zmaże zapis starodawnej winy Adama i w ten sposób przyniesie zbawienie całemu światu.

W życiu każdej i każdego z nas przychodzą chwile ogromnego bólu i cierpienia. Chwile krzyża. Możemy się przeciwko niemu zbuntować, możemy usiłować go zniweczyć i odrzucić. Tymczasem Chrystus powiedział kiedyś do Apostołów, a dzisiaj mówi do nas: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 38)

Nie bójmy się ciężaru krzyża. Nie bójmy się szyderstwa świata. Nie wstydźmy się tego, że należymy do Chrystusa. Idźmy za Nim, łączmy nasze krzyże z Jego krzyżem i w ten sposób przemieniajmy ten świat.

 

III. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy

Nie ma dźwigania krzyża bez upadków. Nie ma człowieczego życia – nawet życia świętych Pańskich – bez doświadczenia grzechu. Święty Jan Ewangelista pisał w Pierwszym Liście: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1J 1, 8 – 10).

– Czy znaczy to, że należy zgadzać się na grzech?

– Stanowczo nie! Wprawdzie jesteśmy ludźmi grzesznymi, ponieważ od czasów pierwszych rodziców nasza natura skażona została przez grzech pierworodny i doznajemy pokusy czynienia zła, to jednak naszym podstawowym obowiązkiem jest z tą pokusą się zmagać.
– Czy można zatem usprawiedliwiać grzech?

– Nie! Zło jest złem. Grzech jest grzechem, czyli krzywdą wyrządzoną Bogu i drugiemu człowiekowi. Trzeba umieć to jednoznacznie nazwać. Nie wolno jednak potępiać człowieka, który zgrzeszył. Ojciec Święty Franciszek domaga się od nas postawy roztropnego rozeznania danej sytuacji. Trzeba mieć odwagę pochylić się nad drugim człowiekiem, zrozumieć jego słabości i pomóc podnieść się z jego nawet najcięższego grzechu. Najgorsza byłaby obojętność z naszej strony.

Patrząc na leżącego pod krzyżem Chrystusa, obarczonego naszymi słabościami i naszymi grzechami, przychodzi nam na myśl ów biedny, pobity przez złoczyńców człowiek leżący przy pustynnej drodze, gdzieś między Jerychem a Jerozolimą, o którym opowiadał Jezus w jednej ze swych przypowieści. Przeszli obok niego obojętnie lewita i kapłan. Zatrzymał się natomiast Samarytanin i uratował mu życie.

Spotykając ludzi poranionych przez własne słabości i grzech starajmy się być dla nich jak ów dobry Samarytanina, który pochyla się nad bliźnim, opatruje jego rany i troszczy o to, aby nie doznał krzywdy w przyszłości.

 

IV. Pan Jezus spotyka swoją Matkę

„Twoją duszę miecz przeniknie”(Łk 1, 35) – powiedział do Niej starzec Symeon, kiedy razem z Józefem przyniosła Jezusa do świątyni jerozolimskiej, czterdzieści dni po Jego urodzeniu. Maryja wiedziała zatem, że nadejdzie kiedyś chwila ogromnego cierpienia związanego z Jej Synem. A dokładniej: cierpienia związanego z dziełem, jakiego miał On dokonać, ofiary, jaką miał złożyć – ofiary z samego siebie – dla zbawienia całego świata.

Kiedy u samych początków swej publicznej działalności Pan Jezus zapowiedział Apostołom, że w Jerozolimie zostanie oskarżony i uwięziony przez arcykapłanów i uczonych w Piśmie, że, następnie, zostanie przez nich zdradzony i wydany w ręce pogan i, na koniec, skazany na śmierć, Piotr wziął Go na bok i zaczął Mu mówić: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie” (Mt 16, 23). W odpowiedzi usłyszał słowa najwyższej dezaprobaty: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki” (Mt 16, 23).
Maryja zachowywała skrzętnie w swym sercu wszystkie sprawy zawiązane z Jezusem i nieustannie je rozważała. Nie było w niej zwątpień, jakich doświadczał Piotr. Zawsze myślała na Boży sposób i wszystko, czego doświadczała, widziała w blasku Bożego światła. Teraz, patrząc na umęczonego Jezusa, który z ogromnym trudem dźwigał swój krzyż, doznawała w swym sercu przenikliwego bólu. Ale, jak zawsze, jak to było od chwili Zwiastowania, pełna ufności przyjmowała wolę Najwyższego. Trwała przy Nim, Swoim Synu i Bogu, i w ten sposób uczestniczyła w dziele Zbawienia.

Wpatrując się w przykład Matki Bożej, uczmy się on Niej, jak trwać przy Chrystusie, jak myśleć na sposób Boży, aby całe nasze życie przenikał blask Bożego światła.

 

V. Szymon z Cyreny pomaga Jezusowi dźwigać Jego krzyż

– Czy łatwo przychodzi nam pomagać nieznajomemu człowiekowi?
– Nie, to wcale nie jest łatwe. Nie jest łatwe zwłaszcza wtedy, kiedy ów nieznajomy pojawi się w naszym życiu całkowicie niespodzianie, naruszając już samą swoją obecnością ustalony wcześniej porządek.

Doskonale rozumiemy Szymona z Cyreny, który utrudzony wielogodzinną pracą wracał ze swego pola do domu. Tym bardziej, że zbliżało się południe, skwar słońca stawał się nie do zniesienia, a chwila, kiedy miał odpocząć w cieniu własnego dachu i posilić się, abyła tak bardzo bliska. Szymon opierał się zatem żołnierzom rzymskim, którzy kazali mu dźwigać krzyż Chrystusa. Nie chciał zresztą mieć z Nim nic wspólnego. Już sama myśl o tym, że będzie musiał wziąć w swe ręce owo przerażające narzędzie śmierci, budziła w Szymonie odrazę. Jednak jego bunt nie trwał długo. Wystarczyła chwila, kiedy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Chrystusa – spojrzeniem bezmiernej łagodności i bezbronności, a równocześnie nieskończonego miłosierdzia. W tej chwili Szymon Cyrenejczyk zrozumiał: to nie on pomaga nieść ciężar, którym obarczono Skazańca, lecz to ów umęczony Człowiek staje się dla niego źródłem przedziwnej mocy. I Szymon niósł Chrystusowy krzyż tak długo, jak na to pozwolili mu rzymscy żołnierze. I gdyby mógł, już by go nie oddał.

Nie lękajmy się poświęcić czasu i sił dla trudu dźwigania krzyża. Krzyża swojego, krzyża naszych sióstr i braci. Nie lękajmy się zmienić naszych planów dla Boga. Nie lękajmy się zmienić całe nasze życie, by być blisko Jezusa.

 

VI. Weronika ociera twarz Jezusowi

Dźwigając Chrystusowy krzyż, Szymon wypełnił zadanie mężczyzny. To przede wszystkim do świata mężczyzn należy ciężka praca. Powołanie kobiety jest inne. Łatwiej podąża za intuicją, kieruje się nie ustalonym wcześniej planem, lecz wrażliwością, odruchem serca i zadziwiającą zdolnością współczucia. Wszystko to wydaje się zupełnie bezbronne i słabe. A przecież właśnie w tym tkwi moc kobiecości, która potrafi przeciwstawić się przemocy, będącej tak często ostatnim, jak się wydaje, słowem tego świata.

Tak właśnie było w przypadku Weroniki, o której od wieków mówi nam chrześcijańska tradycja. Nie znała Jezusa. Nie wiedziała, dlaczego skazano Go na tak haniebną śmierć. W jakiejś mierze było to dla niej mało istotne. Ważne było dla niej tylko jedno: oto na swej drodze spotkała biednego i całkowicie opuszczonego przez innych Człowieka, któremu należało pomóc. Pomóc na miarę realnych, bardzo ograniczonych możliwości. Pomóc przez, wydawałoby się mało znaczący, gest przyłożenia chusty do zbroczonej krwią twarzy Chrystusa. Tylko tyle – i aż tyle. Nikt jej do tego nie namawiał ani nie zmuszał. Wręcz przeciwnie: ryzykowała, iż sama dozna krzywdy ze strony żołnierzy, że zostanie przez nich brutalnie odepchnięta.

W chwili, kiedy zbliżyła się do Chrystusa, została, podobnie jak Szymon, obdarowana. Moment, w którym jej chusta spotkała się z umęczonym obliczem Jezusa, stał się przełomem w jej życiu. Chrystus pozostawił na chuście swój wizerunek. Tym samym nadał jej właścicielce to imię, które od wieków powtarza cały chrześcijański świat: Weronika, czyli Prawdziwa Ikona, Prawdziwy Obraz. Prawdziwa ikona i prawdziwy obraz Chrystusa, Boga-Człowieka,

Czasami potrzeba wiele trudu i wysiłku, wiele ofiar i cierpienia, aby ostatecznie dojść do celu. Bywa jednak i tak, że wystarczy mały, ale płynący z serca, gest, wystarczy delikatne zbliżenie się do Boga, by otrzymać od Niego nowe imię i dzięki temu ukazywać światu oblicze Chrystusa.

 

VII. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi

W pewnej chwili ciężar krzyża okazał się za wielki jak na siły Skazańca. Przyszło omdlenie i bolesny upadek. Ale trzeba było wstać i iść dalej, aby przebyć drogę, która rozpoczęła się w pałacu Piłata i która miała osiągnąć swój kres na szczycie Golgoty. Drogi, która całemu światu miała dać zbawienie. Drogi, która miała wyzwolić człowieka z mocy zła i przywrócić mu utracone synostwo Boże. Drogi prawdziwie świętej. Uświadamiając sobie to wszystko na nowo, Chrystus powstał z ziemi i począł zmierzać w stronę Kalwarii. Każdy kolejny krok zbliżał Go do celu, w którym miał się objawić światu ogrom Bożego miłosierdzia.

 

Podczas naszej życiowej drogi często upadamy pod wpływem czy to własnej słabości, czy to iluzji zła, kłamliwie przyjmującego postać dobra. Dopiero wstyd i wyrzuty sumienia przywracają nam świadomość popełnionego grzechu. Wraz z tą świadomością rodzi się poczucie konieczności powstania i wyzwolenia się z niego. A przede wszystkim wraca pamięć o Chrystusie i Jego drugim upadku. On z niego powstał, ponieważ chciał dojść na Golgotę i tam, na krzyżu, wysłużyć nam zbawienie i odkupienie. My natomiast musimy zdobyć się na odwagę powstania z naszych grzechów i na pragnienie nowego życia. Musimy otworzyć się na łaskę żalu za popełnione zło, aby dojść do Chrystusowego krzyża i aby u jego stóp z pokorą wyznać swe przewinienia. Nie wolno nam się zniechęcać, nie wolno się nam poddawać, nie wolno nam nigdy zwątpić w to, że nasza droga, nasze zmagania mają sens i że zawsze czeka na nas miłosierny Ojciec. Czeka, by podać nam dłoń, by nas podźwignąć – po to, abyśmy po raz kolejny powstali. On czeka na nas. Zawsze.

 

VIII. Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

Nieraz przychodzi chwila, kiedy poczucie wewnętrznej siły słabnie w nas i kruszeje. Czujemy się bezradni wobec ogromu zła i nieszczęść, które dotykają zarówno nas samych, jak i innych ludzi. Jednak zamiast szukać pomocy, zaczynamy narzekać, użalać się.

Zapewne tak właśnie było w przypadku owych kobiet jerozolimskich, które głośno zawodziły, towarzysząc Jezusowi w Jego drodze na Kalwarię. Być może myślały, że ich głośny płacz da Skazańcowi poczucie, że coś dla Niego robią, że nie jest sam w swym okrutnym losie i że jest ktoś, kto Mu współczuje. A może zagłuszały to, co w ich wnętrzu budziło niepokój, rodzący się z poczucia jakiejś winy.

Tymczasem Jezus z ogromną łagodnością zwrócił do nich swą twarz i powiedział: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!” (Łk 23, 28).

 

Być razem z Chrystusem znaczy bowiem: wejść wraz z Nim w całą prawdę o ludzkim grzechu. Bo grzech – dobrowolnie i świadomie popełniony – to ogromna krzywda, jaką się wyrządziło Temu, kto nas „do końca umiłował” (por. J 13, 1). Grzech – to rana zadana miłości Chrystusa, który oddał za nas swoje życie. Samym naszym płaczem nie uleczymy tej rany. Być może nawet jeszcze ją bardziej rozognimy. Ranę zadaną miłości Chrystusa możemy ukoić jedynie naszą miłością – naszym szczerym, głębokim żalem za grzechy i pokorną prośbą o wybaczenie. Aby to się mogło w nas dokonać, musimy podjąć trud stanięcia w prawdzie. Wtedy nasze łzy będą łzami prawdziwymi, które miłosierny Bóg otrze z naszych oczu.

 

IX. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci

Starożytna tradycja chrześcijańska podaje, że Pan Jezus po raz trzeci upadł pod krzyżem niemal u podnóża Golgoty. Tak już niewiele dzieliło Go od kresu Jego krzyżowej drogi, a tak bardzo brakowało Mu sił, aby móc dotrzeć wreszcie do miejsca, na którym miało dokonać się dzieło Odkupienia. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37) – powiedział Jezus Piłatowi. Tak, Chrystus przyszedł na świat właśnie po to, aby w sposób ostateczny zaświadczyć o nieskończonej miłości Boga do wszystkich ludzi. Po to narodził się w ubogiej grocie, wiódł ukryte życie otoczony miłością Maryi i Józefa, wędrował poprzez miasta i wsie nauczając o Ojcu bogatym w miłosierdzie i uzdrawiając w Jego imię, by teraz, już za chwilę, złożyć na Golgocie świadectwo najwyższe: oddać swe życie. Umrzeć – ale śmiercią zwycięską. Ofiarowując swe życie Syna Bożego – otworzyć bramy nieba dla wszystkich ludzi. Aby więc świat mógł się przekonać, jak bardzo jest on przez Boga kochany, Chrystus resztkami sił zaczął pokonywać ostatni odcinek swej ziemskiej wędrówki.

Prawda o Bogu musi spotkać się z tym, czym żyje człowiek. „Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu” (J 18, 37) – mówił Jezus w czasie sądu przed Piłatem. Najważniejszym duchowym zadaniem, jakie stoi zatem przed człowiekiem, jest dążenie do wewnętrznej prawości, która pozwala przyjąć prawdę. Także – a może przede wszystkim – tę prawdę, że Bóg nas ukochał ponad wszystko. Że z miłości do nas wydał swego Jednorodzonego Syna.

Ta prawda powinna dodawać nam sił w chwilach słabości. Ta prawda powinna stawać się fundamentem nadziei w chwilach zwątpienia. Jednocześnie ta prawda o nieskończonej miłości Boga do swych dzieci powinna być dla nich źródłem dumy i poczucia ich osobistej wartości: jakże cenny jest bowiem w oczach Boga każdy człowiek, skoro Syn Boży oddał za niego swoje życie. Jakże cenne jest nasze życie.

 

X. Pan Jezus z szat obnażony

Odbierali Mu po kolei wszystko, co jeszcze posiadał. Zdarli nawet tunikę, całą tkaną od góry do dołu, którą miał na sobie. Za chwilę żołnierze rzucą o nią kości. Któryś z nich będzie uważał się za szczęśliwca.
Dla żołnierzy nie zważali na to, że obnażając Skazańca, wydają Go na nieskromne spojrzenia tłumu. Zresztą wstyd i upokorzenie związane z własną cielesnością miały być, obok bólu czysto fizycznego, kolejnym elementem zadawanej udręki.

Dzisiaj ciągle jeszcze jest bardzo wielu ludzi, których ciało staje się towarem na sprzedaż. Los ten spotyka zazwyczaj kobiety. Widzimy je stojące przy drogach, spotykamy na rynkach miast. Ich los można przyrównać do losu niewolników, którzy są traktowani tak, jak gdyby nie byli ludźmi, i których wartość mierzy się samym tylko pieniądzem. Często kobiety te są ofiarami czy to bezwzględności i cynizmu ze strony innych ludzi, czy to własnej bezradności i biedy. Myśląc o losie obnażonego Jezusa, musi nas to bardzo boleć. Jeszcze bardziej boli nas i głęboko dotyka, gdy niektóre kobiety same o sobie mówią w sposób, który obraża ich kobiecą godność, ich powołanie do bycia żoną i matką, a z wulgarności czynią wyraz postępu i wyzwolenia. To nas wszystkich, nie tylko wierzących, bardzo dotyka i upokarza. Przecież o naszych matkach chcemy myśleć i mówić tak pięknie, jak owa nieznana nam z imienia kobieta, która powiedziała kiedyś do Jezusa: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś” (Łk 11, 27)

Upokorzenie, jakiego doznawał nasz Zbawiciel podczas męki krzyżowej, wzywa nas do obrony godności człowieka także w wymiarze jego cielesności. Módlmy się o nawrócenie tych wszystkich, którzy na różne sposoby tę godność depczą.

 

XI. Pan Jezus przybity do krzyża

Nie ma bardziej dotkliwej kary dla człowieka, jak zamknąć go w więzieniu i tym samym przestrzeń jego wolności ograniczyć do zaledwie kilku metrów kwadratowych małej celi. Cóż dopiero powiedzieć o sytuacji kogoś, komu odmówiono jakiejkolwiek możliwości poruszania się? I jeszcze: czy można do końca pojąć okrucieństwo losu człowieka, gdy całkowite unieruchomienie jego ciała zostało złączone z permanentnym i przejmującym bólem?

Tak właśnie stało się z Chrystusem, którego ręce i nogi przybito do krzyża. Tak miał umierać: powoli, całymi godzinami, pośród ogromnych cierpień. Spełniły się zatem żądania tłumu, podburzonego przez arcykapłanów, jego wołanie wobec Piłata: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go” (Łk 23, 21). Nauczyciel z Nazaretu nie będzie już więcej chodził drogami palestyńskiej ziemi, nie będzie nauczał, nie będzie też dokonywał nadzwyczajnych znaków, które tak wielu pozwalały ujrzeć w Nim Mesjasza Pańskiego.
Jednak przybijając ciało Chrystusa do krzyża, nie można było pozbawić błogosławionego działania Jego ducha. Nie można było położyć kresu Jego miłości. Właśnie wtedy, na krzyżu, objawiała się ona w całej swej pełni. Stawała się modlitwą przebłagalną za grzeszny lud, który do końca nie wiedział, co czyni. Była nadzieją dla złoczyńcy, który uznał swoją winę i prosił o zmiłowanie dla siebie. Dla Bożego miłosierdzia, które wtedy najpełniej objawiało światu swoją moc i siłę, krzyż nie stanowił żadnego ograniczenia. Przeciwnie, właśnie ten krzyż, do którego przybito Chrystusa, otworzył nam ostatecznie drogę do Ojca, u którego jest dla nas mieszkań wiele.
W chwilach słabości, kiedy wydaje się nam, iż jesteśmy całkowicie bezradni i skazani na beznadzieję, kierujmy nasz wzrok na Chrystusa przybitego do krzyża. To przecież w Jego ranach jest nasza moc i uzdrowienie.

 

XII. Pan Jezus umiera na krzyżu

Między godziną szóstą, naszą dwunastą w południe, kiedy nad Golgotą wzniósł się krzyż, na którym zawisł Skazaniec, a chwilą, w której zaćmiło się słońce, zatrzęsła się ziemia, przedarła się zasłona w świątyni, a Józef z Arymatei przyniósł Piłatowi wiadomość, że Chrystus nie żyje, upłynęły ponad trzy godziny. Godziny serca, godziny miłości.

Najpierw Jezus z synowską miłością spojrzał na Matkę, a potem na Umiłowanego Jana. „Niewiasto, oto syn Twój” – powiedział. „Oto Matka twoja” – dodał za chwilę (por. J 19, 26-27). Uczeń wiedział, co znaczyły te słowa. Umierający Mistrz powierzał mu to, co najcenniejsze i najbardziej ukochane: swoją Matkę. Jan wziął Ją do siebie. Odtąd dobroć i ciepło Jej matczynego serca będzie on odczuwał przez cały czas – aż do chwili, gdy aniołowie uniosą Ją z duszą i ciałem do nieba i zaprowadzą przed oblicze Trójjedynego Boga.

 

Później, już pod koniec swego konania, Jezus uniósł swą głowę ku niebu i rzekł: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46). Tymi słowami Psalmu 31 wyraził całą swą miłość i ufność wobec Ojca, który tak umiłował świat, że „Syna swego Jednorodzonego, dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Tym samym każdemu, kto w Niego uwierzył, Jezus wskazał na słowa, z którymi powinien odchodzić z tego świata, aby posiąść wieczną szczęśliwość.
Na koniec wysłany przez Piłata żołnierz przebił Jezusowi bok, z którego wypłynęły krew i woda (por. J 19, 34). Przebite włócznią żołnierza Jezusowe serce otwarło się na cały świat – na tych wszystkich, którzy w swej wierze, pełni wdzięczności i ufności, zbliżają się do tego Boskiego Serca i korzystają ze zbawczych łask, płynących ku nim poprzez sakramenty Kościoła.
Wpatrzeni w tę Bożą miłość, przejęci Jego potęgą, zauroczeni Jego tkliwością, pełni pokory wołamy dzisiaj: „Najświętsze Serce Jezusa, uczyń serca nasze według Serca Twego!”.

 

 

Stacja XIII. Martwe ciało Jezusa spoczęło w ramionach Jego Matki

O tym zdarzeniu milczą Ewangeliści, natomiast mówi nam dawna chrześcijańska tradycja. Komuż innemu przecież mógł dać ciało Jezusa Józef z Arymatei, gdy „zdjął je z krzyża” (Łk 23, 53), jak nie Jego Matce, która z takim heroizmem trwała przy Nim przez długie trzy godziny Jego konania?

 

Tuliła Go jako niemowlę w Betlejem, a teraz, po trzydziestu trzech latach, na Jej kolanach spoczęło martwe Jego ciało. Patrzyła na nie z ogromnym i bolesnym wzruszeniem. Od chwili Wcielenia czuła pod swoim sercem bijące serce Syna Ojca Przedwiecznego. Narodzone z Niej w Betlejem Dziecko było wielkim cudem Bożej miłości: Jezus, „istniejąc [dotąd] w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2, 6-7).

 

Teraz Jego ciało jest tak przerażająco zmasakrowane przez ludzi, dla których chciał być bratem w człowieczeństwie i których „do końca umiłował” (J 13, 1). Maryja patrzy na nie oczyma Matki Bolesnej, a równocześnie oczyma Matki Odkupiciela. Ona wie: to właśnie ta miłość „aż do końca” kazała Jednorodzonemu Synowi Ojca niebieskiego jeszcze bardziej się uniżyć i stać się posłusznym Jego woli „aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (por. Flp 2, 8) – i w ten sposób zbawić świat. Ona wie także: w tej właśnie chwili dokonuje się dzieło Zbawienia świata, w którym to dziele przypadła Jej cząstka szczególna.
Równocześnie Maryja oczyma swej głębokiej wiary wybiega w przyszłość, o której napisze św. Paweł w Liście do Filipian: „Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca” (Flp 2, 9-11).
Bolesna Matko Odkupiciela, pomagaj nam, abyśmy potrafili całym naszym życiem wyznawać, że Jezus Chrystus jest jedynym Panem i Zbawicielem.

 

Stacja XIV. Pan Jezus złożony w grobie

Ciało Jezusa złożono w znajdującym się nieopodal Golgoty grobie, który dla siebie kazał wykuć w skale Józef z Arymatei, jeden z ukrytych uczniów Nauczyciela z Nazaretu. U wejścia do grobu zatoczono wielki kamień.
Dla Apostołów nastał czas zwątpienia i rezygnacji. Tak wielu rzeczy spodziewali się po swoim Mistrzu, począwszy od tego, że jako Mesjasz przywróci królestwo Izraela (por. Dz 1, 6b). Wielki głaz zamykający grób Jezusa zdawał się boleśnie przypominać o tym, że ich oczekiwania nie spełniły się. Przez całe trzy lata byli razem z Chrystusem, dzień po dniu słuchali Jego słów, widzieli Jego cuda, dotykały Go ich ręce (por. 1 J 1, 1). Byli tak blisko Niego, a równocześnie na tyle daleko, że w obliczu śmierci Mistrza zwątpili w Jego zapowiedź, iż trzeciego dnia powstanie z martwych.

 

Dla pobożnych niewiast, które „szły za Jezusem z Galilei i usługiwały Mu” (por. Mt 27, 55b), najważniejszy stał się tylko sam Jego grób. Starannie go obejrzały, zwracając szczególną uwagę na to, „w jaki sposób zostało złożone ciało Jezusa”. Po powrocie do siebie „przygotowały wonności i olejki”, którymi jeszcze chciały namaścić ciało Jezusa (por. Łk 23, 55-56). Czekały tylko na to, aż minie szabat, by zaraz po nim, następnego dnia wczesnym rankiem, udać się do grobu. Jakby były zupełnie niepomne tego, co zapowiadał Jezus.

 

Natomiast arcykapłani i faryzeusze dobrze zapamiętali słowa Chrystusa: „Po trzech dniach powstanę” (por. Mt 27, 26). Dlatego dla nich najważniejsze było teraz tylko jedno: udać się co prędzej do Piłata i raz jeszcze powiedzieć mu, że Chrystus jest oszustem i że za wszelką cenę należy zapobiec kolejnemu możliwemu oszustwu: temu, „żeby przypadkiem nie przyszli Jego uczniowie, nie wykradli Go i nie powiedzieli ludowi: <<Powstał z martwych>>” (por. Mt 27, 64b). Dlatego poprosili Piłata, aby na trzy dni wystawił straże przy grobie Nauczyciela z Nazaretu. Piłat wyraził zgodę, straże stanęły, a ponadto, dla wszelkiej pewności, arcykapłani opieczętowali kamień (por. Mt 27, 66).

 

Jedynie Maryja, Matka Jezusa, z wielką nadzieją oczekiwała na spełnienie się zapowiedzi Jej Syna, że trzeciego dnia po swej śmierci zmartwychwstanie. Przecież powiedział o sobie: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” (J 14, 6). Jest prawdą – więc się stanie tak, jak zapowiedział; jest życiem, a zatem śmierć nie może Go pokonać; jest drogą, przeto tym wszystkim, którzy w Niego uwierzą, wytyczy szlak prowadzący do życia wiecznego. Maryja trwała w tej wielkiej nadziei – i dlatego starożytna tradycja chrześcijańska mówi, że w poranek wielkanocny właśnie Jej jako pierwszej ukazał się zmartwychwstały Jezus. I dlatego też od tylu już wieków właśnie do Niej, Matki Dobrej Nadziei, zwraca się Kościół z żarliwą modlitwą: „Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen. Niech tak się stanie. Amen”.

ZOBACZ TAKŻE
ZOBACZ TAKŻE