STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / DOBRA NOWINA: CUD ZACZYNA SIĘ OD RESZTEK. ROZWAŻANIE NA XVIII NIEDZIELĘ ZWYKŁĄ, ROK A

Dobra Nowina: Cud zaczyna się od resztek. Rozważanie na XVIII Niedzielę Zwykłą, Rok A

Dobra Nowina to seria rozważań niedzielnej Ewangelii w formie podcastów, przygotowywanych przez ks. Artura Czepiela, archidiecezjalnego duszpasterza służby liturgicznej oraz ks. Jakuba Łabuza. Zapraszamy w każdą sobotę i wigilię uroczystości o godz. 17.07 na kanał YouTube i Spotify Archidiecezji Krakowskiej.



Uczniowie przychodzą do Jezusa z bardzo rozsądnym rozwiązaniem: „Miejsce jest pustkowiem, pora późna, każ więc rozejść się tłumom. Niech idą do wsi i kupią sobie żywności”. Trudno mieć do nich pretensje. Nie mówią przecież: „Nie obchodzi nas, co stanie się z tymi ludźmi”. Widzą problem, analizują sytuację i przedstawiają logiczny plan. Jest późno. Są na pustkowiu. Ludzi są tysiące. Jedzenia nie ma. Naprawdę trudno wymyślić coś rozsądniejszego niż zakończyć spotkanie i odesłać wszystkich do domu. Jezus mówi jednak: „Nie potrzebują odchodzić”. Warto zatrzymać się właśnie przy tym zdaniu, bo ono odsłania coś bardzo ludzkiego.

Uczniowie chcą odesłać tłum nie dlatego, że są źli. Prawdopodobnie są po prostu zmęczeni. Od rana byli z Jezusem. Wokół nich nieustannie byli ludzie. Ktoś prosił o uzdrowienie, ktoś próbował się dopchać, ktoś chciał zadać pytanie. Teraz robi się wieczór, a problem zamiast się kończyć, staje się jeszcze większy. Wtedy  właśnie uczniowie mówią właściwie: „Panie Jezu, zakończmy już ten dzień”.

Zmęczenie jest bardzo złym doradcą, bo potrafi sprawić, że zaczynamy podejmować decyzje nie według tego, co jest dobre, lecz według tego, co pozwoli nam jak najszybciej odzyskać spokój. Nie kończymy trudnej rozmowy dlatego, że wszystko zostało wyjaśnione, ale dlatego, że nie mamy już siły słuchać. Nie przestajemy walczyć o relację dlatego, że niczego nie da się uratować, ale dlatego, że jesteśmy zmęczeni kolejnym rozczarowaniem. Nie odpowiadamy dziecku: „Porozmawiamy jutro”, dlatego że jutro będzie lepszy moment, odpowiadamy tak, bo dzisiaj chcemy już tylko włączyć telewizor i mieć święty spokój. Nie oddalamy się od Boga dlatego, że przestaliśmy wierzyć. Czasami jesteśmy po prostu zmęczeni modlitwą, bo od miesięcy nic się nie zmienia. Nie rezygnujemy z człowieka zawsze dlatego, że jest zły. Nieraz rezygnujemy, bo jego problemy zaczęły kosztować nas więcej niż chcemy zapłacić.

Uczniowie mówią: „Niech sobie pójdą”. Ile razy nasze zmęczenie mówi podobnie? „Niech sam sobie poradzi”. „To nie mój problem”. „Nie będę kolejny raz zaczynał tej rozmowy”. „Już wystarczająco dużo zrobiłem”. Czasem człowiek nie zamyka przed kimś drzwi ze złości. Zamyka je z wyczerpania. Dla osoby, która zostaje po drugiej stronie, powód zamknięcia drzwi nie ma jednak wielkiego znaczenia. Ona po prostu zostaje sama.

Jezus nie lekceważy zmęczenia uczniów. Nie wygłasza im kazania o tym, że powinni być bardziej gorliwi, ale jednocześnie nie pozwala, żeby ich zmęczenie zadecydowało o losie innych ludzi. „Nie potrzebują odchodzić. Wy dajcie im jeść”. To nie jest wezwanie, żeby zbawić cały świat. Jezus nie mówi: „Wyprodukujcie jedzenie dla pięciu tysięcy ludzi”. Pyta tylko, co mają. Odpowiadają: „Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb”. Bardzo ciekawe zdanie. Najpierw mówią, że nie mają nic, a za chwilę wymieniają pięć chlebów i dwie ryby. Zmęczony człowiek często nie widzi już tego, co ma. Widzi wyłącznie to, czego mu brakuje. „Nie mam już cierpliwości”. „Nie mam siły”. „Nie mam czasu”. „Nie mam pomysłu”. „Nie mam wpływu”. Być może rzeczywiście nie mamy tyle, ile potrzeba. Ale „nie mam wszystkiego” nie oznacza jeszcze, że „nie mam nic”.

Może nie masz siły rozwiązać wszystkich problemów swojego dziecka, ale masz dziesięć minut, żeby go wysłuchać bez patrzenia na telefon. Może nie potrafisz naprawić swojego małżeństwa w jeden wieczór, ale możesz zacząć rozmowę bez oskarżenia i bez wyliczania starych win. Może nie możesz uzdrowić chorego człowieka, ale możesz sprawić, że nie będzie przeżywał choroby samotnie. Może nie zmienisz całej swojej rodziny, miejsca pracy, parafii czy społeczeństwa, ale to nie znaczy, że naprawdę nie masz nic. Masz jedno dobre słowo. Masz telefon, który możesz wykonać. Masz obecność.

Uczniowie mają pięć chlebów i dwie ryby. Problem w tym, że patrzą na nie tylko ludzkimi oczami. Pięć chlebów przy kilku tysiącach ludzi wygląda wręcz śmiesznie.

Jezus nie mówi jednak, że to wystarczy. Mówi: „Przynieście mi”. Wiara nie polega więc na wmawianiu sobie, że mamy więcej, niż rzeczywiście posiadamy. Nie polega na udawaniu, że nie jesteśmy zmęczeni, że wszystko kontrolujemy, że damy radę jeszcze stu kolejnym sprawom. Wiara polega na tym, żeby przynieść Jezusowi nawet to niewiele, co nam zostało. Czasami można powiedzieć na modlitwie: „Panie Jezu, nie mam już wielkiej wiary. Mam jeszcze tylko tyle, żeby dzisiaj na chwilę przed Tobą usiąść”. „Nie potrafię wybaczyć, ale mam tyle, żeby przestać życzyć temu człowiekowi źle”. „Nie wiem, jak uratować tę relację, ale mam tyle, żeby dzisiaj nie trzaskać drzwiami”.

Jezus bierze te chleby. Spogląda w niebo. Odmawia błogosławieństwo. Łamie je i daje uczniom, a uczniowie rozdają je ludziom. Zauważmy, że Jezus mógł sprawić, żeby chleb pojawił się bezpośrednio
w rękach tłumu, a jednak podaje go uczniom. Tym samym uczniom, którzy chwilę wcześniej chcieli wszystkich odesłać. Cud dokonuje się także w nich. Nie tylko głodni zostają nakarmieni, ale zmęczeni uczniowie na nowo stają się zdolni do służby. To być może jeden z największych cudów, jakich trzeba nam dzisiaj.

Nie zawsze potrzebujemy, żeby Bóg usunął wszystkie trudne osoby i wszystkie obowiązki. Czasami potrzebujemy, żeby nie pozwolił naszemu zmęczeniu zamienić się w obojętność, bo można być zmęczonym i nadal kochać. Można nie mieć rozwiązania, ale nie uciekać. Można nie mieć siły na wielkie gesty, ale zrobić mały gest dobrze.

Po nakarmieniu ludzi, zostaje jeszcze dwanaście koszów ułomków. Uczniowie bali się, że jeżeli dadzą ludziom to, co mają, to sami zostaną z niczym, a pozostaje więcej niż było na początku. Nie chodzi o to, że każdy dobry czyn natychmiast zwróci się nam z nadwyżką. Życie nie jest automatem, do którego wrzuca się dobro, żeby za chwilę wyjąć nagrodę. Chodzi o coś głębszego. Człowiek, który całe życie chroni siebie przed każdym wysiłkiem, zranieniem i poświęceniem, wcale nie musi ocalić swoich sił. Często zostaje pusty, zgorzkniały i samotny. Natomiast człowiek, który czasem pozwala Bogu połamać swój chleb — swój czas, wygodę, cierpliwość — odkrywa, że jego życie, choć kosztuje, nie staje się uboższe. Zaczyna mieć sens. Dlatego zanim powiesz komuś: „Idź już”, „Daj mi spokój”, „Nie mam nic więcej do zaoferowania”, warto zapytać siebie: Czy naprawdę nie mam już nic? Czy może to tylko moje zmęczenie próbuje dzisiaj podejmować za mnie decyzje?

Fragment Ewangelii do rozważenia (Mt 14, 13-21):

Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych.

A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności».

Lecz Jezus im odpowiedział: «Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!»

Odpowiedzieli Mu: «Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb».

On rzekł: «Przynieście Mi je tutaj».

Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

Ks. Jakub Łabuz | Archidiecezja Krakowska




ZOBACZ TAKŻE