Podczas Liturgii Męki Pańskiej w Bazylice św. Floriana abp Marek Jędraszewski mówił o zbliżającym się Wielkim Jubileuszu Odkupienia. - Musimy się przygotowywać, zwłaszcza od początku dzisiejszego Wielkiego Piątku, coraz bardziej przeżywając tajemnicę zbawczego znaku, jakim jest dla każdego chrześcijanina krzyż – mówił metropolita krakowski senior.
Abp Marek Jędraszewski w homilii nawiązał do słów Chrystusa wypowiedzianych na krzyżu: „Pragnę”. Zwrócił uwagę, że przypominają one spotkanie Jezusa z Samarytanką, kiedy Zbawiciel mówił o wodzie żywej, prowadzącej do życia wiecznego. Arcybiskup podkreślił, że zapowiedź ta wypełniła się w chwili śmierci Chrystusa.
Wskazał, że pragnienie Jezusa miało wymiar fizyczny, zapowiedziany już w psalmach, ale równocześnie sens duchowy. Mówił, że Chrystus pragnął „rzucić ogień na ziemię”, czyli miłość, która ma objąć cały świat. Jak zaznaczył, kulminacją tego pragnienia była śmierć na krzyżu i przebicie boku Jezusa, z którego wypłynęły krew i woda.
Abp Marek Jędraszewski wyjaśniał, że woda wypływająca z przebitego boku Chrystusa jest zapowiedzią chrztu, a krew zapowiedzią Eucharystii. W tym sensie śmierć Jezusa otworzyła człowiekowi drogę do zbawienia i życia wiecznego. – Krzyż dotąd narzędzie hańby, hańbiącej śmierci. Ten krzyż stał się znakiem zwycięstwa – zauważył i zaznaczył, że wobec tej miłości wierzący padają przed krzyżem na kolana i dziękują Bogu za dar odkupienia.
W tym kontekście metropolita krakowski senior przywołał Rok Odkupienia ogłoszony przez Piusa XI w 1933 r. oraz Rok Święty Odkupienia 1983, który ogłosił św. Jan Paweł II i przywołał słowa papieża z bulli „Aperite portas Redemptori”.
Abp Marek Jędraszewski zwrócił uwagę, że za siedem lat przypadnie Wielki Jubileusz 2000 tysięcy lat od śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Podkreślił, że już teraz trzeba się do niego przygotowywać przez głębsze przeżywanie Wielkiego Piątku, krzyża, Eucharystii i chrztu.
– Musimy się do tego wielkiego jubileuszu przygotowywać. Musimy się przygotowywać, zwłaszcza od początku dzisiejszego Wielkiego Piątku, coraz bardziej przeżywając tajemnicę zbawczego znaku, jakim jest dla każdego chrześcijanina krzyż – mówił arcybiskup. – Przeżywając także każdą Eucharystię i dziękując Bogu za to, że zostaliśmy włączeni w ciało mistyczne Chrystusa, w Kościół, przez sakrament chrztu – dodał.
W dalszej części homilii abp Marek Jędraszewski przywołał starożytną tradycję chrześcijańską, według której pierwszy Adam został pochowany na Golgocie, a krew Chrystusa, drugiego Adama, spływając z krzyża, stała się znakiem zbawienia dla tych, którzy byli wierni Bogu. Wskazał w ten sposób na przeciwstawienie nieposłuszeństwa pierwszego Adama i posłuszeństwa Chrystusa, które przyniosło życie wieczne.
– Będziemy ten krzyż adorować, wierząc, że jest to drzewo, na którym zawisło zbawienie świata, zbawienie każdej i każdego z nas, zbawienie wszystkich ludzi, wszystkich pokoleń – mówił abp Marek Jędraszewski. – I dlatego z taką wiarą, wdzięcznością i pokorą jednocześnie wołamy podczas dzisiejszej liturgii, patrząc na krzyż: „pójdźmy z pokłonem” – zakończył.
Po liturgii odbyła się droga krzyżowa ulicami parafii św. Floriana, której przewodniczył i do której rozważania napisał abp Marek Jędraszewski. We wprowadzeniu przypomniał słowa Jezusa „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. – Aby znaleźć się w domu Ojca i osiągnąć pełnię życia, trzeba nam zatem iść drogą prawdy wyznaczoną przez Jezusa. Szczególnie ważnym odcinkiem tej drogi idącej za Jezusem i przez Jezusa do Ojca była droga, na której dźwigał on krzyż – podkreślił metropolita krakowski senior.
WSTĘP
W Wieczerniku, już po ustanowieniu Eucharystii, Jezus zapowiedział Apostołom, że idzie do Ojca, aby przygotować im miejsce wiecznego zbawienia. Tę zapowiedź zakończył słowami: „Znacie drogę, dokąd Ja idę” (J 14, 4). W tym momencie św. Tomasz dał wyraz targającym nim i pozostałymi Apostołami niejasnościom: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14, 5b). Wówczas wszyscy usłyszeli odpowiedź Jezusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14, 6b). Aby znaleźć się w domu Ojca i osiągnąć pełnię życia, trzeba zatem iść drogą prawdy wyznaczoną przez Chrystusa. Innej drogi po prostu nie ma.
Szczególnie ważnym odcinkiem tej drogi wiodącej za Jezusem i przez Jezusa do Ojca była droga, na której dźwigał On krzyż – od zajmowanej przez Rzymian twierdzy Antonia, która przylegała do Świątyni jerozolimskiej, aż po Golgotę.
W dzisiejszy Wielki Piątek 2026 roku jako Chrystusowi uczniowie wyruszmy za naszym Mistrzem i Panem, aby móc pojąć, że droga krzyżowa Jezusa była w swej istocie drogą prawdy. Aby w konsekwencji móc zrozumieć, że właśnie ona nadaje ostateczny sens wszelkim naszym zmaganiom o prawdę życia.
STACJA I – Pan Jezus na śmierć skazany
Stojąc przed sądem rzymskiego prokuratora, Jezus oświadczył: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu” (J 18, 37b). Piłat zareagował na to czysto retorycznym pytaniem: „Cóż to jest prawda?” (J 18, b), które ukazało go jako sceptyka, podważającego istnienie jakiejkolwiek obiektywnej prawdy. Podczas dalszych przesłuchań Piłat zaprezentował się jako człowiek świadomy swej mocy, a także jako ktoś, kto wedle swojego tylko uznania może stosować przemoc. Stąd jego słowa skierowane do Chrystusa: „Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzą Ciebie ukrzyżować?” (J 19, 10b). Jednakże władza prokuratora rzymskiego oparta na świadomości własnej mocy i na dowolności stosowania przemocy okazała się niezwykle słaba wobec szantażu zastosowanego przez Żydów, którzy w momencie decydującym o dalszym losie Jezusa zawołali: „Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi” (J 19, 12b). Nie znajdując dla siebie oparcia w obiektywnej prawdzie, Piłat okazał się zwykłym koniunkturalistą, który umywając ręce skazał Chrystusa-Prawdę na śmierć.
Dzisiaj nie tylko że codziennie skazuje się prawdę na śmierć, ale nawet próbuje się dokonać jej całkowitego unicestwienia. Ogłoszono przecież, że żyjemy w epoce post-prawdy. Niemal wszędzie panuje wszechwładny relatywizm, który niekiedy staje się wręcz dyktaturą, rządząc się jednym tylko dogmatem: „każdy ma swoją prawdę”. W imię hasła „zero tolerancji dla nietolerancji” zwalcza się przy tym wszystkich, którzy ośmielą się mieć zdanie niezależne, odmienne od tego, co jest narzucane światu przez siły pragnące nim rządzić.
Tylko otwierając nasze umysły i serca na moce Ducha Świętego, zwłaszcza na dary mądrości, rozumu i męstwa, jesteśmy w stanie, jako uczniowie Chrystusa, dać dzisiaj wobec siebie i wobec świata autentyczne świadectwo prawdzie.
STACJA II – Pan Jezus przyjmuje krzyż na swe ramiona
Prawda domaga się świadectwa życia. Nie wolno od niej pod jakimkolwiek pozorem uciekać. Nie wolno uchylać się od niej, szukając schronienia w jakimś konformizmie. Z samej swej natury prawda nie jest komfortowa. Nie można też głosić jej samymi tylko słowami. Trzeba ją potwierdzać osobistymi czynami. Trzeba według niej konsekwentnie żyć, nawet jeśli to bardzo kosztuje.
Przy studni Jakubowej Jezus powiedział: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). Później, przebywając w Świątyni, oświadczył: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Życie moje oddaję za owce” (J 10, 11. 15b).
Te słowa domagały się potwierdzenia. Dla Jezusa moment dania świadectwa temu, że naprawdę jest dobrym pasterzem, nastąpił wtedy, gdy na rozkaz Piłata przyniesiono krzyż i zwalono go na Jego barki. Jezus poczuł wielki, liczony na dziesiątki kilogramów ciężar belek, które miał dźwigać. Równocześnie poczuł przeogromne brzemię odpowiedzialności, która wówczas na Nim spoczęła. Doskonale wiedział przecież, że od wiernego dźwigania krzyża aż po śmierć na Golgocie zależą dalsze losy świata. Losy zbawienia człowieka.
Jezus w pełni dobrowolnie podjął ten trud. Wziął krzyż na swe ramiona. Tym samym sprawił, że krzyż całkowicie zmienił swój sens. Przestał być przerażającą szubienicą, a stał się przejmującym wyrazem dwóch prawd – prawdy o człowieczym grzechu, który obraża Pana Boga i przez to domaga się odkupienia, oraz prawdy o ogromie Bożego miłosierdzia. Stał się błogosławionym i budzącym nadzieję znakiem zbawienia.
Chrystusowy Krzyż. Stąd słowa, jakie wypowiedział św. Andrzej Apostoł na widok przygotowywanego dlań narzędzia śmierci: Ave crux, spes unica – „Witaj krzyżu, jedyna nadziejo!”. Stąd pełne uwielbienia wołanie zawarte w pochodzącej z XVI wieku polskiej pieśni pasyjnej: „Krzyżu święty nade wszystko, drzewo przenajszlachetniejsze!”.
STACJA III – Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy
Czy ciężar trwania przy prawdzie może być tak wielki, że w końcu przytłoczy człowieka i przyczyni się do jego upadku, podobnie jak ciężar krzyża spowodował, że Pan Jezus upadł pod nim po raz pierwszy?
Dramat prawdy rozgrywa się w głębi ludzkiego sumienia. Jego głos najpierw mówi człowiekowi, że coś jest dobre, a coś innego jest złe. Temu głosowi, który ma charakter informacyjny, towarzyszy drugi głos – głos przynaglający, który wzywa człowieka, żeby zawsze opowiadał się za dobrem, a zło zdecydowanie odrzucał.
Codzienne doświadczenie pokazuje nam jednak to, że często brak nam sił, aby zawsze być posłusznym naszemu sumieniu. Częstokroć bowiem czynimy coś, co się jemu sprzeciwia. Nie zawsze jednak jest to wynikiem cynizmu lub oczywistej złej woli. Nierzadko jest to przejawem słabości naszego ducha, będącej następstwem grzechu pierworodnego. Odkrywamy w sobie jakąś przedziwną skłonność do zła, mimo że głęboko w nas tkwi pragnienie czynienia dobra. Przejmująco pisał o tym św. Paweł Apostoł w Liście do Rzymian: „Jestem (…) świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Nieszczęsny ja człowiek!” (Rz 7, 18-19. 24a). Stąd zrodziło się w nim dramatyczne pytanie: „Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci?” (Rz 7, 24b). Zaraz potem udzielił następującej odpowiedzi: „Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!” (Rz 7, 24c).
Tak, ratunku dla siebie musimy szukać jedynie w Jezusie Chrystusie, który poprzez powstanie ze swego upadku daje nam przykład powstawania z naszych upadków i podejmowania na nowo drogi wiodącej do pełni życia. Do samej Prawdy.
STACJA IV – Pan Jezus spotyka Matkę swą Bolesną
Pośród wielu prawd tego świata jest jedna, która nas zawsze wzrusza i przejmuje: prawda o matczynym sercu, które jest ze swym dzieckiem od pierwszej chwili jego zaistnienia.
Od chwili urodzenia serca matki i jej dziecka nie będą już fizycznie wobec siebie tak bliskie, że odległość między nimi można było mierzyć zaledwie w centymetrach. Przeciwnie, z biegiem czasu będą się od siebie oddalać. Jednakże to fizyczne oddalenie bynajmniej nie będzie musiało się przyczyniać do ich oddalenia duchowego. Często będzie przecież tak, że oddaleniu fizycznemu między matką a dzieckiem będzie towarzyszyła wzrastająca bliskość duchowa – bliskość matczynej miłości, objawiającej się niekiedy, paradoksalnie, przez cierpienie i niepokój. Tak właśnie było w przypadku Maryi, która ujrzawszy, po trzech dniach poszukiwań, dwunastoletniego Jezusa, z prawdziwie matczynym wyrzutem powiedziała: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2, 48b).
Oddalenie serca dziecka od serca matki może mieć czasem charakter duchowy – a przez to bardzo bolesny, gdy dziecko, dorosła córka lub syn, odchodzą od świata wartości, który dotąd przekazywała im matka. Gdy ich dalsze życie staje się coraz bardziej świadomym zaprzeczeniem wiary i ufności pokładanych w Bogu. Gdy za wszelką cenę pragną żyć, tak jakby Boga nie było. To wszystko matkę bardzo boli. Ale przecież ona nie może oddalić się od swojego dziecka. Dlatego będzie codziennie zanosiła błagalne modły do Boga – o jego nawrócenie, o jego powrót, o jego zbawienie.
Kiedy Maryja wyszła na spotkanie Jezusa dźwigającego krzyż, swój ból ofiarowała za wszystkie matki całego świata – aby mogły radować się dobrem, a przede wszystkim zbawieniem swych dzieci: aby mogły radować się tym zbawieniem, które dzięki Jej Synowi właśnie się dokonywało.
STACJA V – Szymon Cyrenejczyk pomaga Panu Jezusowi dźwigać Jego krzyż
Podczas drogi krzyżowej żołnierze, widząc ogromne osłabienie Skazańca, „przymusili niejakiego Szymona z Cyreny, ojca Aleksandra i Rufusa, który wracając z pola właśnie przechodził [obok], żeby niósł krzyż Jego” (Mk 15, 21). „Przymusili go”. Szymon musiał zatem najpierw czysto spontanicznie opierać się i protestować, nie chcąc zgodzić się na żądania żołnierzy. W końcu jednak uległ ich przemocy, ale wewnętrzny bunt w nim pozostał i trwał. Kiedy jednak, w pewnej chwili, spotkał się ze spojrzeniem Jezusa, serce Szymona uległo przedziwnej przemianie. Miejsce buntu zajęło poczucie solidarności z Człowiekiem, którego wprawdzie widział po raz pierwszy, ale wobec którego męki nie potrafił pozostawać obojętnym i zimnym jak głaz. Wziął więc krzyż Jezusa w swe silne, przywykłe do ciężkiej pracy dłonie i zaczął go nieść. Każdy kolejny krok sprawiał, że w Szymonie rosło coraz silniejsze przedziwne wrażenie, iż między nim a Skazańcem tworzy się szczególnie głęboka, prawdziwie duchowa więź. Z każdym krokiem umacniało się w Szymonie przekonanie, że pozwalając mu wziąć udział w swoim losie – w dźwiganiu krzyża – to Chrystus mu pomaga i go wewnętrznie przemienia.
Po latach, w Liście do Rzymian św. Paweł prosił: „Pozdrówcie wybranego w Panu Rufusa i jego matkę, która jest i moją matką” (Rz 16, 13). Pradawna tradycja chrześcijańska widzi w tym Rufusie syna Szymona Cyrenejczyka, który ze względu na historię swego ojca wraz z matką cieszył się szczególną sławą i poszanowaniem pośród rzymskich chrześcijan.
To Pawłowe pozdrowienie przechodzi z pokolenia na pokolenie jako niezwykłe przesłanie i dociera do tych wszystkich, których wiara zrodziła się w chwili spotkania z Chrystusem dźwigającym krzyż i którą oni później przekazali swoim dzieciom.
STACJA VI – Weronika ociera twarz Panu Jezusowi
Historia Szymona z Cyreny była historią jego egoistycznej spontaniczności w pewnym momencie przezwyciężonej przez prawdę o godności każdego człowieka, któremu należy okazać pomoc.
Istnieje jednakże taka spontaniczność, która od samego początku jest nastawiona na dobro, która jest natychmiastową gotowością do czynienia dobra. Spontaniczność, która jest porywem serca, nie baczącego na jakiekolwiek przeciwności i trudności. Refleksja przychodzi dopiero później, już po dokonanym czynie.
Dla Weroniki chwila refleksji nastąpiła w chwili, kiedy spojrzała na chustę, którą przed chwilą otarła skrwawione oblicze Skazańca. Ku swemu przeogromnemu zaskoczeniu i wzruszeniu, na chuście utrwaliło się odbicie tego oblicza – stając się jego niezwykłą, przejmującą ikoną. Utrwaliło się ono w sposób materialny, dostępny spojrzeniom wielu. Ale jeszcze bardziej oblicze Skazańca utrwaliło się w sercu Weroniki. Według antycznej chrześcijańskiej interpretacji, imię „Weronika” wiąże się z dwoma słowami: vera icona – prawdziwy obraz. Spontanicznie okazując pomoc Chrystusowi i przynosząc Mu zaledwie chwilową ulgę w cierpieniach, sama Weronika stała się prawdziwym obrazem Miłosiernego Pana. Jej pełne dobroci serce stało się odbiciem Serca, które tak bardzo ukochało świat, że za niego oddało swe życie.
Historia Weroniki to historia spontaniczności budowanej na prawdzie, że wszystko, co uczyni się jednemu z braci najmniejszych Chrystusa, to czyni się dla Niego samego (por. Mt 25, 40b). Aby tą prawdą móc żyć na co dzień, trzeba ciągle pogłębiać w sobie wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka, znanego sobie czy też zupełnie nieznanego. Po prostu każdego. Bo każdy, kto potrzebuje wsparcia i pomocy, jest bratem Chrystusa.
STACJA VII – Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi
„Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu” (J 3, 20-21) – mówił Chrystus na początku swej publicznej działalności do faryzeusza Nikodema. Nikodem był wtedy typowym konformistą. Z jednej strony pragnął zbliżyć się do tej Światłości świata, jaką jest Chrystus. Z drugiej natomiast obawiał się Żydów i dlatego, nie chcąc się narażać, ukrywał przed nimi swe kontakty z Nauczycielem z Nazaretu. Stąd też na życzenie Nikodema rozmowa z Chrystusem odbywała się nocą. Prawdziwy paradoks – z jednej strony jego dążenie do Światłości, z drugiej natomiast dokonany przezeń wybór ciemności nocy jako chwili spotkania się ze Światłością. Ujawnił się w tym pewien sposób życia w niejednoznaczności – a przez to w nieprawdzie i w swoistym zakłamaniu. Była to postawa ucieczki od prawdy – a przez to ucieczki od autentycznej wolności. Na tym właśnie polegała cała niekonsekwencja Nikodema i jakieś drażniące wewnętrzne pęknięcie.
Inną formą ucieczki od prawdy – a przez to ucieczki od wolności – jest unik, czyli dawanie odpowiedzi nie wprost, po to by pytającego wprowadzić w błąd czy nawet w jakieś zakłopotanie. Tak właśnie po aresztowaniu Jezusa zachował się Piotr. Jak podaje św. Marek, „kiedy był [on] na dole na dziedzińcu [pałacu Kajfasza], przyszła jedna ze służących najwyższego kapłana. Zobaczywszy Piotra grzejącego się [przy ogniu], przypatrzyła mu się i rzekła: «I tyś był z Nazarejczykiem Jezusem». Lecz on zaprzeczył temu, mówiąc: «Nie wiem i nie rozumiem, co mówisz»” (Mk 14, 66-68). A przecież dobrze wiedział i dobrze rozumiał skierowane do siebie stwierdzenie służącej!
Jezus powstał ze swego drugiego upadku spowodowanego słabością i wyczerpaniem, heroicznie podejmując dalszą drogę zbawiania człowieka. Tym samym pokazał, z jak wielką konsekwencją trzeba nam ciągle na nowo dźwigać się ze swych kłamliwych konformizmów i uników, aby móc spełniać siebie jako osoba ze swej natury powołana do życia w prawdzie. Pokazał, jak należy powstawać i jak odrzucać świat kłamstwa. Bo przecież nigdy nie jest za późno, by powrócić do świata prawdy.
STACJA VIII – Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty
„A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!»” (Łk 23, 27-28).
Sentymentalizm, płacz i zawodzenie mogą być niekiedy subtelną formą ucieczki od prawdy, a w konsekwencji od odpowiedzialności. Tymczasem nie wystarczy wzruszać się i płakać na widok ewidentnej krzywdy, która kogoś dotknęła. To przychodzi stosunkowo łatwo, wystarczy być odpowiednio wrażliwy i empatyczny. Trudniej natomiast zapytać, skąd przyszło to zło i kto jest za nie odpowiedzialny. Jeszcze trudniej przychodzi dać na to pytanie prawdziwie rzetelną odpowiedź. Bo być może w jakiejś mierze ja sam jestem winny zaistniałej niedobrej sytuacji? Bo może także i ja ponoszę, choćby w części, odpowiedzialność za nią?
Chrystus wziął na swoje barki grzechy całego świata – zatem nie tylko tych, którzy Go aresztowali, oskarżali i domagali się od Piłata Jego śmierci. Wszyscy ludzie wszystkich pokoleń i narodów jako istoty grzeszne przyczyniły się do Jego męki i śmierci. Wszyscy więc powinni poczuwać się do odpowiedzialności za to, co przyszło Mu przeżywać począwszy od Ogrójca aż po Golgotę. Wszyscy więc powinni być pogrążeni w żalu i smutku. Wszyscy powinni prosić Go o wybaczenie swych grzechów i win. I wszyscy też powinni być Mu bezgranicznie wdzięczni, że dla ich zbawienia podjął się tej Męki.
Duchowa klęska naszego świata polega na tym, że właśnie tego powszechnego, a równocześnie bardzo osobistego u każdego z nas żalu jest tak bardzo mało, a może nawet w ogóle go nie ma.
Z refleksji nad tym godnym opłakania stanem ludzkiego ducha zrodziła się pieśń sięgająca tradycji XVI-wiecznych polskich pieśni pasyjnych, której refren tak dobrze znamy: „Odszedł Pasterz nasz,/ co ukochał lud./ O Jezu, dzięki Ci,/ za Twej męki trud”.
STACJA IX – Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci
Nasza droga wierności wobec Boga zaczęła się w chwili przyjęcia sakramentu Chrztu. Na tej drodze mogą pojawić się krytyczne momenty, wynikające czy to z własnej słabości i lęku, czy to z szatańskich pokus. Stąd dochodzi do wyparcia się Boga, czy nawet do otwartej wobec Niego zdrady.
Takiej właśnie słabości ducha boleśnie doświadczył Piotr. Jeszcze podczas Ostatniej Wieczerzy żarliwie zapewniał Jezusa, że nigdy w Niego nie zwątpi ani się Go nie wyprze, choćby mu przyszło umrzeć (por. Mt 26, 33. 36; Mk 14, 31), że jest gotów iść z Nim „nawet do więzienia i na śmierć” (por. Łk 22, 33), że odda za Niego swoje życie (por. J 13, 37). Wystarczyło jednak, że zbliżyła się do niego jakaś służąca w pałacu Kajfasza, a potem jeszcze inni grzejący się przy ogniu ludzie ze słowami, że należał on do grona ludzi związanych z Jezusem, by ogarnięty panicznym strachem Piotr nieodmiennie powtarzał te same kłamliwe słowa: „Nie znam tego człowieka!” (Mt 25, 72b. 74b; Mk 14, 71b).
Wierność Bogu można też złamać przez ulegnięcie kłamliwym pokusom diabła. Jakże często w życiu wielu ludzi powtarza się historia pierwszych rodziców w raju. Stała się ona także tragicznym udziałem Judasza, o którym zarówno św. Łukasz, jak i św. Jan piszą, że „wszedł w niego szatan” (por. Łk 22, 3; J 13, 27b). Kłamstwo, w jakim odtąd się znajdował, było prawdziwie odrażające. Żył bowiem dalej, tak jakby nic się nie stało. Na zewnątrz był ciągle uczniem Chrystusa, wraz z pozostałymi Apostołami wziął jeszcze udział w Ostatniej Wieczerzy, ale ostatecznie to ucałowaniem twarzy swego Mistrza wskazał żołnierzom i strażnikom, kogo mają w Ogrójcu aresztować (por. Mt 26, 47-50; Mk 14, 43-45; Łk 22, 47-48; J 18, 1-3).
Tymczasem Bóg pozostaje do końca wierny w swojej miłości do człowieka – mimo jego słabości, zdrad i oszustw. Takie właśnie przesłanie o Nim przekazał nam św. Paweł w pisanym tuż przed swoją męczeńską śmiercią Drugim Liście do Tymoteusza: „Jeśli trwamy w cierpliwości, wespół z Nim też królować będziemy. Jeśli się będziemy Go zapierali, to i On nas się zaprze. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego” (2 Tm 2, 12-13).
Że tak naprawdę jest, poświadczył Pan Jezus, gdy po raz trzeci powstał ze swego upadku, aby swe dzieło zbawcze doprowadzić do błogosławionego końca.
STACJA X – Pan Jezus z szat obnażony
Jezusa odarto ze wszystkiego – nawet z szat, które chroniły Jego intymność. Za chwilę, gdy zostanie wywyższony nad ziemię, żołnierze będą je dzielić między siebie, a o Jego tunikę będą rzucali losy (por. J 19, 23-24). Wydany w swej nagości na szydercze spojrzenia obecnych na Golgocie Żydów, tym bardziej zasługiwał na słowa, które jeszcze tak niedawno wypowiedział o Nim Piłat: „Oto człowiek”. Biedny, zawstydzony i poniżony człowiek.
Znamy określenie: naga prawda. Stosujemy je, gdy chcemy wystawić na jaw i obnażyć skrywaną dotąd lub zniekształconą rzeczywistość, gdy czynimy to surowo i bezpośrednio, ograniczając się do samych tylko faktów, bez jakichkolwiek upiększeń, wyjaśnień czy dopowiedzeń.
Czy wolno nam tak czynić w odniesieniu do nagości człowieka?
Rzetelna i prawdziwa antropologia mówi, że człowiek nie jest samym tylko ciałem. Jest również istotą duchową, której przejawem jest między innymi wrodzona mu wstydliwość, stojąca niejako na straży jego cielesnej intymności. W tym też przejawia się jego godność, która przeogromnie przewyższa świat zwierząt. Ukazując innym czyjąś nagość (zjawisko pornografii) lub samemu wystawiając swoje ciało na widok publiczny (ekshibicjonizm), redukuje się drugiego lub siebie samego do wymiaru zwykłego przedmiotu na sprzedaż, ocenianego jak każda inna rzecz, podziwianego lub wydanego na szyderstwo.
Zawstydzony tuż przed ukrzyżowaniem Jezus swoją wstydliwością bronił prawdy o człowieku, który z woli Najwyższego został stworzony na Boży obraz i Boże podobieństwo (por. Rdz 1, 26-27) i którego ciało „jest świątynią Ducha Świętego” (por. 1 Kor 6, 19).
Stąd nasz prawdziwie ludzki obowiązek, aby strzec świętości każdego człowieczego ciała i w ten sposób w naszym ciele chwalić samego Boga (por. 1 Kor 6, 20b).
STACJA XI – Pan Jezus do krzyża przybity
Nadszedł moment jednego z ostatnich aktów egzekucji – przybicie Skazańca do krzyża. Chrystus poddawał się temu z niemą uległością. Urzeczywistniały się słowa proroka Izajasza o Cierpiącym Słudze Jahwe, który „jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, (…) nie otworzył ust swoich” (por. Iz 53, 7). Złączony z krzyżem przybitymi do niego swymi rękami i nogami, a przez to tworzący z krzyżem przedziwną jedność i całość, całym sobą, swoją wiernością Ojcu aż do końca potwierdzał to, że Bóg jest Miłością miłosierną, Miłością ofiarną, która nie cofnie się przed niczym, aby dać swym dzieciom szansę zbawienia i ocalenia. „Syn Boży, Chrystus Jezus – pisał po latach św. Paweł – nie był «tak» i «nie», lecz dokonało się w Nim «tak». Albowiem ile tylko obietnic Bożych, wszystkie są «tak» w Nim” (2 Kor 1, 19-20a).
Zasada, że prawda domaga się osobistego świadectwa, osiągała tutaj swoje apogeum, swój szczyt.
Takiej właśnie postawy oczekiwał Chrystus od swoich uczniów. Pragnął, aby nigdy nie dali oddzielić się od prawdy, tak jak On teraz nie mógł oderwać się od krzyża. Chciał, żeby ich wewnętrzna jednoznaczność objawiła się zarówno w myślach, jak i w słowach. To właśnie dlatego w Kazaniu na Górze nauczał: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). Później tę naukę przypomniał chrześcijanom św. Jakub Apostoł, pisząc w swym Liście: „Wasze «tak» niech będzie «tak», a «nie» niech będzie «nie», abyście nie popadli pod sąd” (Jk 5, 12b).
Trzeba nam zatem dać się niejako przybić do prawdy. A ponieważ świadectwo, jakie dał Chrystus, było świadectwem o miłości miłosiernej Ojca, potwierdzonej Jego własną miłosną ofiarą ze swego życia, prawdy nie wolno nam oddzielać od miłości. Musi być ona ukazywana właśnie w miłości.
STACJA XII – Pan Jezus umiera na krzyżu
„A ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie” (J 12, 32) zapowiedział Jezus na niewiele dni przed Męką, tuż po swoim uroczystym wjeździe do Jerozolimy.
W ciągu wielu wieków w różnych miejscach Bóg objawiał siebie człowiekowi. Pośród tych miejsc szczególną rolę odegrały trzy góry. Pierwszą z nich była Góra Synaj, na której Bóg dał Mojżeszowi Prawo, wraz z jego integralną częścią, jaką jest Dekalog. Drugą górą było wzniesienie znajdujące się nieopodal Jeziora Genezaret, na którym Chrystus wygłosił swoje słynne Kazanie. Jego istotną i prawdziwie rewolucyjną treścią były błogosławieństwa, stąd tradycja chrześcijańska obdarzyła to wzgórze mianem Góry Błogosławieństw. Przed swoją śmiercią Pan Jezus wskazał na trzecią górę – na Golgotę, a dokładniej: na jej swoiste przedłużenie, jakim stał się Krzyż. Przybity do niego, zawieszony między niebem a ziemią, z jego wysokości przekazał Pan Jezus całemu światu swoje ostatnie i decydujące słowo o Bogu i o człowieku.
Była to prawda o Bogu Ojcu osobiście przeżywana przez Niego w godzinach konania i śmierci. Dzięki Chrystusowi wiemy, że człowiekowi, dogłębnie przenikniętemu cierpieniem, w pewnym momencie Bóg może wydawać się Kimś bardzo, bardzo dalekim. Stąd skarga Jezusa, która popłynęła z wysokości Krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15, 34). Jednakże nad tym poczuciem opuszczenia ostatecznie w duszy Jezusa zatryumfowało całkowite zaufanie pokładane w Bogu. Według św. Łukasza, ostatnimi Jego słowami było wołanie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46b).
Do uszu znajdujących się na Golgocie ludzi doszło jeszcze jedno przedśmiertne słowo Chrystusa: „Pragnę” (J 19, 28b). Cierpiąc męki konania, Jezus pragnął pragnieniem wielkim, aby właśnie tę prawdę o Bogu, który jest miłością (por. 1 J 4, 8), przyjęli wszyscy ludzie i w nią uwierzyli. Aby zostali zbawieni przez pragnienie tej Prawdy, którą jest On sam. Aby jako Jego wierni uczniowie w całym swym życiu jaśnieli pragnieniem posiadania Boga – i tu, na ziemi, i w wieczności.
STACJA XIII – Ciało Pana Jezusa zostaje zdjęte z krzyża
Czas cierpienia – cielesnego lub duchowego – jest momentem prawdy o naszej wierze. Jest najwyższym sprawdzianem naszej wiary. Jeśli jest ona silna i jeśli znajduje swój fundament w ufności pokładanej w Bogu, cierpienie łączone z cierpieniami Chrystusa zawsze będzie miało swój sens. Sens zbawczy. Jeśli natomiast zabraknie wiary lub będzie ona nikła i słaba, cierpienie pozostanie bezsensownym, wręcz absurdalnym bólem odczuwanym zarówno przez ciało, jak i duszę. Częstokroć jego następstwem staje się wtedy bluźniercze przeklinanie własnego losu.
Kiedy martwe ciało Chrystusa zostało zdjęte z krzyża i złożone w ramiona Maryi, Jej cierpienie osiągnęło swój szczyt. Im bardziej uważnie wpatrywała się w Ciało swego Syna, tym bardziej odkrywała w nim niezwykle wierny zapis tego, co dane Mu było przecierpieć. Rosło w Niej uczucie przerażenia, pogłębiał się ból. A równocześnie wzrastało w Niej przekonanie, że spełnią się zapowiedzi Jej Boskiego Syna – że po tym wszystkim zmartwychwstanie. Że ostatecznie to On okaże się Zwycięzcą śmierci, piekła i szatana. Wtedy, na Golgocie, jedynie Ona cierpiała tak bezmiernie, wierząc przy tym głęboko, że Jej cierpienie ma sens.
O tym przedziwnym wzajemnym przenikaniu się w sercu Maryi cierpienia i nadziei po wiekach będzie pisał św. Bernard z Clairvaux: „Nie dziwny się, (…) kiedy ktoś mówi, że Maryja stała się męczennicą w duchu. Dziwić się może ten, kto nie pamięta, że Paweł pośród najcięższych grzechów pogan wymienia brak wrażliwości (por. Ef 4, 18-19). Dalekie to było od Maryi. (…) Ktoś jednak może powiedzieć: «Czyż nie wiedziała wcześniej, że Jezus umrze?». Niewątpliwie. «Czyż nie ufała, że wkrótce zmartwychwstanie». Zapewne. «I pomimo to cierpiała, widząc Ukrzyżowanego?». Bardzo”.
Maryjo, Królowo męczenników, módl się za nami – zwłaszcza wtedy, gdy cierpienie będzie zdawało się całkowicie pokonywać w nas nadzieję!
STACJA XIV – Pan Jezus złożony do grobu
Gdy powoli dochodził kresu ten wielkopiątkowy, prawdziwie tragiczny czas, nieoczekiwanie pojawili się dwaj uczniowie Chrystusa, dotychczas pozostający w ukryciu w obawie przed Żydami: Józef z Arymatei, członek Wysokiej Rady oraz faryzeusz Nikodem. Działania Józefa z Arymatei św. Mateusz opisał dość lakonicznie: „Józef zabrał ciało [Jezusa], owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł” (Mt 27, 59-60).
Wraz z nim od grobu Chrystusa odeszli także inni obecni na Golgocie ludzie, przekonani o Jego ostatecznej – ale również i o swojej – życiowej klęsce.
Tymczasem czuwało zło. Zło bowiem zawsze boi się zwycięstwa prawdy. Dlatego najpierw ucieka się do siły, wynikającej z posiadanej władzy. Gdy natomiast siła okazuje się bezradna wobec faktów, pozostają jeszcze pieniądze i kłamstwo. Tak właśnie było w przypadku arcykapłanów i faryzeuszów, którzy najpierw za zgodą Piłata „zabezpieczyli grób [Chrystusa] opieczętowując kamień i stawiając straż” (Mt 27, 66). Kiedy zaś w niedzielny poranek Pan Jezus zmartwychwstał, arcykapłani i starsi „po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu»” (Mt 28, 12-14).
Dzisiaj, żyjąc prawie dwa tysiące lat po tamtych wydarzeniach, musimy z bólem stwierdzić: we współczesnym świecie istnieje wiele przemożnych sił zła, które chciałyby zbagatelizować i ośmieszyć nawet samą możliwość zmartwychwstania Jezusa. Od czasów apostolskich nic w gruncie rzeczy się pod tym względem nie zmieniło. Ale też nic nie zmieniło się w postawie prawdziwie wierzących chrześcijan, którzy za św. Pawłem z głęboką wiarą i wdzięcznością wyznają: „Została nam dana [przez Boga łaska] w Chrystusie Jezusie [naszym Zbawicielu], (…), który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię” (2 Tm 1, 9-10).
Jako chrześcijanie na nasze życie i na naszą nadzieję nieśmiertelności nieodmiennie patrzymy bowiem w świetle Tego, który dla nas umarł i zmartwychwstał. I za Niego dziękujemy Bogu i w Nim wysławiamy Ojca, który tak umiłował świat, że nam Go dał, abyśmy właśnie w Nim życie wieczne osiągnąć mogli.
ZAKOŃCZENIE
Kończymy naszą parafialną Drogę Krzyżową w Wielki Piątek, na siedem lat przed Wielkim Jubileuszem 2000 lat od męki i śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa, Zbawiciela świata i Odkupiciela człowieka.
Idąc ulicami naszego miasta, staraliśmy się podążać za Chrystusem-Prawdą, dźwigającym krzyż dla naszego zbawienia.
Teraz, wracając do siebie, do swych domów, do najbliższych nam osób, pragniemy zachować w naszych sercach dwa Jego jakże ważne stwierdzenia. Pierwsze pochodzi z Jego sądu przed Piłatem: „Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu” (J 18, 37c). Natomiast drugie wypowiedział wcześniej, nauczając w Świątyni: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli»” (J 8, 31b-32).
Przez Twe święte rany, Panie Jezus Chryste, pokornie błagamy Ciebie: wyzwól nas od naszych słabości i błędów, i daj nam swoje zbawienie! Amen.