Dobra Nowina to seria rozważań Ewangelii w formie podcastów, przygotowywanych przez ks. Artura Czepiela, archidiecezjalnego duszpasterza służby liturgicznej oraz ks. Jakuba Łabuza. Zapraszamy w każdą sobotę i wigilię uroczystości o godz. 17.07 na kanał YouTube i Spotify Archidiecezji Krakowskiej.
Z racji tematu dzisiejszej uroczystości można byłoby się spodziewać Ewangelii pełnej światła, aniołów i spojrzeń skierowanych ku niebu. Tymczasem Ewangelia pokazuje kobietę idącą pieszo przez góry. Maryja nie siedzi, nie czeka na hołdy, nie opowiada o tym, co właśnie wydarzyło się w Jej życiu, ale wstaje i idzie do Elżbiety. To jest zaskakujące, że w uroczystość mówiącą o końcu ziemskiej drogi Maryi, otrzymujemy opis jednego z jej początków. Jakby Kościół chciał nam powiedzieć: „chcesz zrozumieć, dlaczego Maryja została wyniesiona tak wysoko? To zobacz najpierw, jak żyła tutaj, na ziemi”.
Maryja nie została wzięta do nieba dlatego, że przez całe życie uciekała od ziemi. Została wzięta do nieba, bo na ziemi pozwalała Bogu przechodzić przez swoje życie do innych ludzi. Anioł odchodzi. Wielkie zwiastowanie się kończy, a Maryja zostaje sama z tajemnicą, której właściwie nie da się nikomu wytłumaczyć. I co robi? Nie zamyka się w pokoju, żeby analizować własne przeżycia. Nie pyta: „A kto teraz zajmie się mną?”, ale wstaje i rusza w daleką drogę, bo dowiedziała się, że Elżbieta jest w ciąży i może potrzebować pomocy. To pokazuje jedną z najbardziej dojrzałych cech człowieka: przeżywać coś wielkiego, a jednocześnie nie stać się przez to centrum świata. Są ludzie, którzy po każdym swoim sukcesie potrzebują publiczności. Po każdej krzywdzie potrzebują trybunału. Po każdym dobrym uczynku potrzebują uznania. Po każdej trudności oczekują, że życie wszystkich dookoła zostanie podporządkowane ich emocjom. Człowiek może przeżyć coś ważnego, a potem przez wiele miesięcy zmuszać wszystkich, żeby nieustannie zajmowali się wyłącznie nim. Maryja nosi w sobie największą tajemnicę w historii świata, a jednak potrafi dostrzec, że kilkadziesiąt kilometrów dalej ktoś może potrzebować Jej obecności.
W tym wydarzeniu widzimy, że świętość nie polega na tym, że człowiek przestaje mieć własne problemy. Polega na tym, że własne problemy nie zasłaniają mu całego świata. Można być zmęczonym
i zauważyć bardziej zmęczonego. Można samemu potrzebować dobrego słowa i mimo to powiedzieć je komuś innemu. Można przeżywać trudny czas, a jednak nie używać swojego cierpienia jako pozwolenia na ranienie wszystkich dookoła.
Maryja idzie do Elżbiety „z pośpiechem”. To nie jest nerwowy pośpiech człowieka, który zawsze jest spóźniony i ciągle gdzieś biegnie. To pośpiech miłości. Taki pośpiech, w którym nie chodzi o to, żeby szybciej załatwić własną sprawę, ale żeby nie spóźnić się z obecnością przy drugim człowieku. W życiu naprawdę można się spóźnić. Można zbyt późno zadzwonić. Można zakładać, że rodzice zawsze będą czekali. Można uważać, że współmałżonek jeszcze długo będzie znosił nasze milczenie, nieobecność i wieczne zmęczenie. Można nosić w sobie dobre słowo, ale tak długo oszczędzać je na odpowiedni moment, aż nie będzie już komu go powiedzieć. Nie każda zwłoka jest grzechem. Czasami rzeczywiście trzeba poczekać, ale czasem za naszym „jeszcze nie teraz” kryje się zwykła wygoda.
Maryja dzisiaj uczy, że dobra nie wystarczy mieć w sercu. Dobro trzeba jeszcze dostarczyć pod właściwy adres. Można kochać człowieka i nigdy mu tego nie okazać. Można być wdzięcznym i nigdy nie powiedzieć „dziękuję”. Można chcieć komuś pomóc, ale nie zrobić żadnego konkretnego kroku. Można mieć najlepsze intencje i jednocześnie zostawić drugiego człowieka samego. Maryja nie wysyła Elżbiecie wiadomości: „Myślę o tobie”. Nie mówi: „Pomodlę się za ciebie”, żeby zwolnić się z dalszej odpowiedzialności. Ona idzie. Przynosi do jej domu siebie, swój czas, swoje ręce, swoją obecność. I przynosi Jezusa. To również interesujące, że pierwszym człowiekiem, któremu Maryja zanosi Chrystusa, nie jest tłum, nie są uczeni w Piśmie. Jest nim starsza kobieta potrzebująca pomocy w domu. Pierwsza procesja Bożego Ciała nie przechodzi przez ozdobione ulice. Idzie przez górskie drogi do zwykłego domu.
Kiedy Maryja dociera do Elżbiety, dzieją się rzeczy wielkie. Dziecko porusza się w jej łonie. Elżbieta zostaje napełniona Duchem Świętym. Dom wypełnia się radością. Maryja nie przychodzi
z przemówieniem, nie przedstawia stu złotych porad. Po prostu przynosi w sobie obecność Boga.
Są ludzie, po których wejściu do pomieszczenia natychmiast robi się ciężej. Przynoszą pretensje, napięcie, narzekanie, ocenianie. W kilka minut potrafią odebrać wszystkim energię. Są też ludzie, którzy nie muszą wiele mówić, a przy nich człowiek zaczyna oddychać spokojniej. Nie dlatego, że rozwiązują wszystkie problemy, ale dlatego, że nie przynoszą kolejnego ciężaru.
Warto się zastanowić: co ludzie otrzymują, kiedy pojawiam się w ich domu, miejscu pracy, przy stole? Czy po moim przyjściu czują się bardziej przyjęci, czy bardziej ocenieni? Czy mogą być sobą, czy muszą natychmiast zacząć się bronić?
Maryja w Magnificat mówi: „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Nie mówi: „Wielkie rzeczy osiągnęłam”. Nie buduje swojej wielkości na własnej wyjątkowości. Wie, że wszystko jest darem. I być może dlatego potrafi dzielić się tym, co otrzymała. Człowiek, który uważa siebie za autora wszystkiego, czego dokonał, będzie pilnował swojego sukcesu, pozycji i znaczenia. Człowiek, który wie, że został obdarowany, potrafi stać się darem.
Dzisiaj patrzymy na Maryję wziętą do nieba, ale Ewangelia nie pozwala nam tylko patrzeć w górę. Pokazuje drogę. Najpierw trzeba nauczyć się wstawać. Potem trzeba wyjść z własnego świata. Trzeba przejść przez góry własnej wygody, zmęczenia i skupienia na sobie. Trzeba wejść do czyjegoś domu nie z pustymi rękami, lecz z Bogiem obecnym w słowie, czasie, przebaczeniu i pomocy.
Maryja została wzięta do nieba, ale wcześniej całe życie schodziła do ludzi. Może na tym polega najgłębszy paradoks dzisiejszej uroczystości: Najwyżej nie dochodzą ci, którzy przez całe życie wspinają się ponad innych. Najwyżej Bóg podnosi tych, którzy potrafili się nad drugim człowiekiem pochylić. Dlatego właściwe pytanie na dziś, to nie tylko: „Czy wierzę, że Maryja została wzięta do nieba?”. Pytanie brzmi również: „Czy przeze mnie ktoś doświadcza kawałka nieba już tutaj?”. Droga do nieba bowiem bardzo często zaczyna się nie od patrzenia w górę, ale od zauważenia człowieka, do którego trzeba pójść.
W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w ziemi Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.
Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona głośny okrzyk i powiedziała:
«Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jest, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana».
Wtedy Maryja rzekła:
«Wielbi dusza moja Pana
i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim.
Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia.
Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny,
a Jego imię jest święte.
Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie
nad tymi, którzy się Go boją.
Okazał moc swego ramienia,
rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strącił władców z tronu,
a wywyższył pokornych.
Głodnych nasycił dobrami,
a bogatych z niczym odprawił.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem,
pomny na swe miłosierdzie.
Jak obiecał naszym ojcom,
Abrahamowi i jego potomstwu na wieki».
Maryja pozostała u Elżbiety około trzech miesięcy; potem wróciła do domu.