– Organy nie lubią nieprzygotowania. To instrument, który wszystko obnaża, ale jednocześnie daje niezwykłą satysfakcję, gdy zaczyna się nad nim panować – mówi Witold Zalewski. Historia pierwszego organisty katedry na Wawelu to opowieść nie tylko o drodze zawodowej, ale również o konsekwencji, odpowiedzialności i o muzyce, która na stałe wpisała się w rytm liturgii sprawowanych na wawelskim wzgórzu.
Zrozumienie historii Witolda Zalewskiego wymaga powrotu do Brzeska, gdzie dorastał w domu wypełnionym muzyką kościelną. Choć jako chłopiec bronił się przed pójściem do szkoły muzycznej, ostatecznie dał się namówić, rozpoczynając edukację w placówce w Bochni. – To było wielkie marzenie mojego taty, który był organistą ponad 50 lat – wspomina Witold Zalewski.
Kolejnym przystaniem była Państwowa Szkoła Muzyczna II stopnia im. Władysława Żeleńskiego w Krakowie, jedna z najbardziej wymagających w tamtych czasach. Jak podkreśla organista, to właśnie tam spotkał nauczyciela, który ukształtował jego muzyczną wrażliwość. – Profesor Mieczysław Tuleja nauczył mnie słyszeć harmonię i myśleć muzyką, a nie tylko grać dźwięki – wyjaśnia.
Droga nie była jednak pozbawiona trudności. Zmagając się z wymagającą literaturą organową, odkrył, że jego leworęczność staje się przeszkodą. Większość trudnych technicznie fragmentów wymaga bowiem sprawności prawej ręki. – Lewa dawała sobie radę, a prawa odmawiała posłuszeństwa. To była moja pierwsza i niezwykle ważna lekcja pokory – podkreśla Witold Zalewski.
Jeszcze podczas nauki w liceum zaczął zastępować swojego profesora podczas Mszy św. w kościele św. Stanisława Kostki na krakowskich Dębnikach. W tamtym czasie repertuar liturgiczny był bardzo ograniczony. – W kościołach korzystało się wyłącznie ze śpiewnika Rączkowskiego, organisty ze Świętego Krzyża w Warszawie – tłumaczy. Równocześnie podpatrywał styl gry swojego nauczyciela, który grał po „czarnych klawiszach”, jak żartobliwie mówi Witold Zalewski, czyli w tonacjach krzyżykowych, które początkującemu organiście trudno było powtórzyć. – Muzyka polega na powtarzaniu, a te tonacje wcale nie były łatwe do odtworzenia – dodaje. Właśnie wtedy uczył się prowadzenia melodii, słyszenia harmonii i liturgicznego stylu, który stał się podstawą jego dalszej pracy.
Równolegle rozwijał swoje zamiłowanie do polskiej muzyki religijnej, czego owocem stały się jego opracowania pieśni kościelnych, później wydane przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne. – Ten śpiewnik do dziś służy wielu początkującym muzykom – przyznaje Witold Zalewski.
Po studiach wydawało się, że pozostanie w Krakowie będzie trudne. Jednak pojawiła się propozycja pracy w kościele św. Apostołów Piotra i Pawła. – Było siedmiu kandydatów, a jakimś trafem wybrano mnie – wspomina muzyk.
Kilka lat później przyszło kolejne, przełomowe zaproszenie. Został poproszony o objęcie posługi organisty w katedrze wawelskiej. – To było 1 kwietnia 1995 roku. Choć był to dzień Prima Aprilis, decyzja była całkowicie poważna– mówi Zalewski. Tak rozpoczął się rozdział, który trwa już trzy dekady.
Pytamy o to, co najbardziej fascynuje go w organach. – Lubię grać na organach piszczałkowych – odpowiada z prostotą.
Nie ukrywa jednak, że to instrument wymagający nie tylko talentu, lecz przede wszystkim odporności na stres, doświadczenia i umiejętności radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. – Organy potrzebują pracowitości i odwagi. Czasem przychodzi się na próbę i okazuje się, że instrument nie działa, a koncert za chwilę – wyjaśnia. Tak właśnie było podczas jego ostatniego wyjazdu do Edynburga. Zaplanowane dwie próby nie mogły się odbyć, bo po przyjeździe okazało się, że połowa instrumentu nie działa. – Pojawiło się pytanie, czy ten koncert w ogóle się odbędzie – wspomina. – Dopiero, gdy ściągnięty w pośpiechu miejscowy organista sprawdził instrument, okazało się, że „nie działa jedna faza”. Włączył zasilanie i organy odżyły – mówi Zalewski.
Przypomina przy tym, że organista często siada do instrumentu, którego wcześniej nie zna; musi go „okiełznać”, wyczuć klawiaturę, odpowiedzieć na akustykę. – To proces czasochłonny – dodaje. – Dostępność organów w kościołach jest ograniczona, a prób i tak jest zawsze za mało. Koncert przygotowujemy w pustej świątyni, więc trzeba wyobrazić sobie, jak to zabrzmi przy pełnym kościele – wyjaśnia.
Różnice w budownictwie organowym na świecie, inne systemy zapisywania sekwencji czy ustawiania registrów sprawiają, że każde nowe miejsce wymaga szczególnej czujności. – Im więcej się gra, tym większe doświadczenie i tym większa umiejętność poradzenia sobie nawet wtedy, gdy wszystko wskazuje, że koncert się nie odbędzie – podkreśla pierwszy organista wawelskiej katedry.
Poza codzienną posługą Witold Zalewski prowadzi intensywną działalność koncertową. Grał w wielu prestiżowych miejscach świata, spełniając swoje marzenia jedno po drugim. – Największym z nich była katedra Notre-Dame w Paryżu. Na swoją kolej czekałem dwa lata – wspomina. Jak dodaje, nie każdy organista ma szansę, by w ogóle znaleźć się na liście oczekujących. W najbliższym czasie czeka go kolejna zagraniczna trasa, m.in. występ w bazylice św. Patryka na nowojorskim Manhattanie.
Choć koncertuje na całym świecie, niezwykle ważne miejsce w jego działalności zajmuje polska muzyka organowa. Szczególnym wyrazem tej pasji będzie koncert jubileuszowy, który odbędzie się w sobotę, 22 listopada o godz. 19.30 w bazylice Mariackiej w Krakowie. Wydarzenie wpisuje się w obchody 30-lecia jego pracy artystyczno-liturgicznej oraz XX Dni Muzyki Kościelnej w Archidiecezji Krakowskiej. Program został pomyślany jako podróż przez najcenniejsze nurty rodzimej tradycji organowej: zabrzmią trzy opracowania pieśni „Zdrowaś bądź, Maryja” (Kazimierza Garbusińskiego, Franciszka Przystała i Józefa Surzyńskiego), monumentalna Passacaglia na temat „Roty” Bronisława Kazimierza Przybylskiego oraz „Fantazja Wawel” Aleksandra Namysłowskiego, utwór szczególnie bliski artyście. Nie zabraknie także twórczości Mieczysława Surzyńskiego: „Improwizacji na temat pieśni ‘Święty Boże’ op. 38”, „Capriccia”, „Chant Triste” i „Toccata op. 36”. Wieczór dopełni ekspresyjna „Fantazja op. 14” Jana Gawlasa.
To program, który jasno pokazuje, jak głęboko Witold Zalewski zakorzeniony jest w polskiej tradycji organowej. – Cudze chwalicie, swego nie znacie. Polska muzyka liturgiczna i organowa to mój obowiązek, pasja i misja – mówi.
Wieloletnia praca przy instrumencie jest dla niego nie tylko zawodem, ale także szkołą charakteru. – Organy uczą pracowitości i wytrwałości. Ten instrument nie lubi ludzi nieprzygotowanych – podkreśla Witold Zalewski. Mimo stresu i odpowiedzialności to właśnie w muzyce odnajduję największą satysfakcję. – W pewnym momencie koncertu przychodzi chwila, kiedy zaczynasz panować nad instrumentem i możesz tworzyć. To jest moment, dla którego warto żyć – dzieli się.
Pytamy, co powiedziałby początkującym organistom. – Każdy człowiek musi znaleźć swoją pasję. Czy będą to organy, czy cokolwiek innego – ważne, by robić coś, co daje spokój, radość i poczucie sensu. Jeśli robi się to, czego się nie lubi, prędzej czy później odbije się to na całym życiu – odpowiada bez wahania.
Trzydzieści lat pracy przy wawelskim kontuarze traktuje dziś przede wszystkim jako cenne doświadczenie. Wspomina ten czas z wdzięcznością, ale bez przesadnej celebracji – jako naturalny etap swojej zawodowej drogi. Na przyszłość patrzy spokojnie, z planami, które chce realizować we własnym rytmie. Najważniejsze jest dla niego to, by dalej robić to, co przynosi mu satysfakcję i pozwala rozwijać się jako muzyk. Tak zamyka trzy dekady swojej pracy, otwierając się na to, co przyniosą kolejne lata.