STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / DOBRA NOWINA: BÓG NIE ZACZYNA OD DIAGNOZY. ROZWAŻANIE NA UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ TRÓJCY, ROK A

Dobra Nowina: Bóg nie zaczyna od diagnozy. Rozważanie na Uroczystość Najświętszej Trójcy, Rok A

Dobra Nowina to seria rozważań niedzielnej Ewangelii w formie podcastów, przygotowywanych przez ks. Artura Czepiela, archidiecezjalnego duszpasterza służby liturgicznej oraz ks. Jakuba Łabuza. Zapraszamy w każdą sobotę i wigilię uroczystości o godz. 17.07 na kanał YouTube i Spotify Archidiecezji Krakowskiej.



W uroczystość Trójcy Przenajświętszej można by się spodziewać Ewangelii bardzo „wysokiej”: o niebie, o tajemnicy Boga, o czymś, co trzeba by tłumaczyć ostrożnie. Tymczasem słyszymy proste zdanie: „Tak Bóg umiłował świat”. To jest zaskakujące, bo kiedy Kościół chce nam dzisiaj powiedzieć, kim jest Bóg, nie zaczyna od definicji. Nie zaczyna od pojęć. Nie zaczyna od tego, co trudne do wyobrażenia. Zaczyna od świata. Od tego świata, który dziś rano otworzył oczy. Od świata, który ma swoje wiadomości, swoje lęki, swoje rachunki, szpitale, drogi. Od świata, w którym ktoś dziś przyjdzie do kościoła z wdzięcznością, ktoś z przyzwyczajenia, ktoś z pustką a, ktoś z poczuciem winy. Jezus mówi: właśnie tu trzeba zacząć mówić o Bogu. Nie od ucieczki z tego świata. Nie od westchnienia, że kiedyś było lepiej. Nie od narzekania, że ludzie są gorsi, a czasy trudniejsze. Ewangelia nie pozwala nam dziś zacząć od narzekania. Mówi: zacznij od tego, że Bóg patrzy na świat z miłością.

My bardzo często patrzymy na świat przez diagnozy. Jedni mówią: świat się psuje. Inni: świat się rozwija. Jedni widzą zagrożenie, inni postęp. Jedni widzą chaos, inni szansę. Bóg nie zaczyna od diagnozy. Bóg zaczyna od miłości. Może to jest jedna z najważniejszych rzeczy, których mamy się dziś nauczyć od Trójcy Świętej: zanim coś ocenisz, zanim nazwiesz, zanim skomentujesz, zanim udostępnisz, zanim kogoś przypiszesz do obozu — spróbuj zobaczyć, że przed Tobą jest ktoś umiłowany. Jeśli bowiem Bóg jest Trójcą, to znaczy, że w samym centrum rzeczywistości nie stoi samotne „ja”, które broni swojego miejsca. W centrum wszystkiego jest miłość, która wychodzi ku drugiemu.

To ważne, bo żyjemy w świecie, który coraz częściej pyta człowieka nie: „kim jesteś?”, ale: „co osiągnąłeś?”. Nie zawsze wprost. Czasem pyta przez wyniki w pracy. Czasem przez oceny w szkole. Czasem przez porównania w rodzinie. Czasem przez spojrzenia innych. Czasem przez internet, gdzie człowiek uczy się patrzeć na siebie cudzymi oczami. W takim świecie człowiek bardzo łatwo zaczyna żyć tak, jakby stale był na rozmowie kwalifikacyjnej. Musi wypaść. Musi udowodnić. Musi się obronić. Musi pokazać, że warto go zauważyć. Nawet odpoczynek potrafi stać się projektem, który trzeba dobrze zaplanować, przeżyć, sfotografować i pokazać. Nawet relacje czasem stają się miejscem negocjacji: czy daję wystarczająco dużo, czy jestem wystarczająco ciekawy, czy jeszcze komuś pasuję? Właśnie do człowieka zmęczonego takim ciągłym mierzeniem, Jezus mówi: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał”.

To jedno słowo przestawia wszystko, bo miłość Boga nie jest nagrodą za dobrze przeżyte życie. Jest początkiem życia. Nie jest premią dla najlepszych. Jest źródłem, bez którego nikt z nas nie umiałby kochać naprawdę. Zanim człowiek cokolwiek udowodni, zanim poprawi swoje życie, zanim zrozumie siebie, zanim nauczy się modlić, zanim znajdzie słowa na to, co nosi w środku — już jest spojrzenie Boga, które mówi: chcę Twojego ocalenia. To dlatego Jezus zaraz dodaje: „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.

To zdanie może dzisiaj dotknąć nas mocniej, niż się wydaje. Wielu ludzi bowiem nie boi się już nawet samego Boga, ale boi się raczej obrazu Boga, który nosi w sobie. Boga jako członka komisji. Boga jako egzaminatora. Boga jako kogoś, kto czeka na błąd. Boga, przed którym trzeba się spiąć, poprawić, zebrać, pokazać z lepszej strony. Jezus mówi: Syn nie przyszedł potępić. To nie znaczy, że Bóg udaje, iż zło nie istnieje. Nie znaczy, że wszystko jedno, jak żyjemy. Nie znaczy, że rany, krzywdy i grzech można zlekceważyć. Przeciwnie. Właśnie dlatego, że Bóg kocha naprawdę, nie zostawia człowieka w tym, co go niszczy. Jego pierwszym ruchem nie jest oskarżenie. Jego pierwszym ruchem jest dar. Ojciec daje Syna. To może jest najprostsze i najgłębsze zdanie o Trójcy Świętej. Ojciec nie zatrzymuje miłości dla siebie. Syn nie przychodzi, żeby panować z dystansu, ale wchodzi w ludzkie życie aż do końca. Duch Święty sprawia, że ta miłość nie zostaje wspomnieniem sprzed dwóch tysięcy lat, ale może dzisiaj dotknąć serca człowieka, jego pamięci, jego decyzji, jego ran, jego sposobu patrzenia na innych. Trójca Święta jest więc tajemnicą Boga, który nie jest zamknięty w sobie. W Bogu od zawsze jest życie, które się daje. Od zawsze jest miłość, która nie boi się wyjść ku drugiemu. Od zawsze jest bliskość bez zawłaszczenia, dar bez przemocy, jedność bez niszczenia różnicy. To dlatego wiara w Trójcę Świętą nie polega tylko na wypowiedzeniu poprawnych słów: Ojciec, Syn i Duch Święty.

Ona zmienia sposób patrzenia. Człowiek, który wierzy w takiego Boga, nie może już spokojnie patrzeć na drugiego wyłącznie jak na problem. Nie może go zamknąć w jednej etykiecie. Może się z kimś nie zgadzać. Może widzieć zło. Może nazywać krzywdę. Nie wolno mu jednak zapomnieć, że zanim ten człowiek stał się dla mnie trudny, niezrozumiały albo obcy, to już był umiłowany przez Boga.

Może to jest bardzo konkretne wezwanie na dzisiaj, żeby coś z życia Trójcy przeszło w nasze życie. Żeby w naszych domach było mniej przesłuchiwania, a więcej słuchania. Mniej natychmiastowej reakcji, a więcej cierpliwej obecności. Mniej chłodnego: „znowu to samo”, a więcej pytania: „co się dzieje?”. Mniej życia obok siebie, a więcej życia dla siebie. Są bowiem domy, w których ludzie mieszkają razem, ale od dawna się nie spotkali. Są rozmowy, w których wymienia się informacje, ale nie dotyka się serca. Są relacje, w których wszystko działa poprawnie, tylko brakuje tego jednego: poczucia, że nie muszę ciągle zasługiwać na miejsce przy drugim człowieku. Może więc nasze nawrócenie zaczyna się od bardzo prostego pytania: czy przy mnie drugi człowiek musi się stale bronić? Czy przy mnie moje dziecko, mąż, żona, rodzic, współbrat, współsiostra, pracownik, sąsiad musi ciągle zdawać egzamin? Czy moje słowa bardziej zamykają człowieka w winie, czy pomagają mu wstać? Czy moja obecność jest dla kogoś miejscem potępienia, czy choć trochę miejscem ocalenia? Jezus mówi: Bóg nie posłał Syna, aby świat potępił, ale aby świat został przez Niego zbawiony. Tu jest jeszcze jeden szczegół. Jezus nie mówi, że Bóg posłał Syna, aby świat został „ulepszony”, „zbawiony”. Zbawić to znaczy ocalić to, co mogło zginąć. Wydobyć z miejsca, z którego człowiek sam nie umie wyjść. Przywrócić życie tam, gdzie ono zaczęło się kurczyć. Może są w nas takie miejsca, które nie potrzebują dzisiaj kolejnego moralnego nacisku, ale zbawienia. Miejsca zamrożone. Miejsca, w których człowiek mówi: taki już jestem. Miejsca, w których przyzwyczailiśmy się do chłodu, do pretensji, do samotności, do grzechu, do braku nadziei. Miejsca, do których nawet Boga nie wpuszczamy, bo wydaje nam się, że On tam przyjdzie tylko po to, żeby powiedzieć: widzisz, znowu zawiodłeś. On przychodzi inaczej. Przychodzi jako Syn dany z miłości. Nie po to, by upokorzyć, ale by wydobyć. Nie po to, by człowieka przygnieść prawdą, ale by prawdą go uwolnić. Nie po to, by zakończyć rozmowę wyrokiem, ale by pomóc mu obudzić się do życia. Dlatego dzisiejsza uroczystość jest tak bliska codzienności. Trójca Święta nie zabiera nas bowiem z ziemi w abstrakcję. Przeciwnie — uczy nas inaczej być na ziemi. Uczy nas, że najgłębszą prawdą o człowieku nie jest jego porażka, lęk, opinia innych, wynik, wstyd ani etykieta. Najgłębszą prawdą jest to, że został umiłowany przez Boga, który daje siebie. Gdybyśmy naprawdę uwierzyli w to jedno zdanie — „Tak Bóg umiłował świat” — może inaczej wyglądałyby nasze rozmowy. Może inaczej wyglądałby internet. Może inaczej wyglądałyby rodzinne spotkania. Może inaczej wyglądałoby duszpasterstwo. Może mniej energii zużywalibyśmy na udowadnianie, kto ma rację, a więcej na pytanie, jak ocalić człowieka. Nie oznacza to naiwności. Miłość Boga nie jest naiwna. Krzyż pokazuje, że Bóg bardzo poważnie traktuje zło. Traktuje je jednak poważnie nie dlatego, że chce człowieka zniszczyć, lecz dlatego, że chce go odzyskać. „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – wypowiadamy te słowa, czyniąc znak krzyża wiele razy. Może dzisiaj zróbmy to wolniej. Jako przypomnienie, że nasze życie jest zanurzone nie w zimnym świecie ocen, ale w miłości, która daje siebie. Ojciec daje Syna. Syn przychodzi żeby ocalić. Duch Święty uczy nas żyć tą miłością dalej.

Fragment Ewangelii do rozważenia (J 3, 16-18):

Jezus powiedział do Nikodema:

«Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego».

Ks. Jakub Łabuz | Archidiecezja Krakowska
ZOBACZ TAKŻE